
MARTYNA ORLIK | ADA AUGUSTYNIAK![]()
W maju szłam chodnikiem. To były dobre trzy miesiące. Wypracowane, wyszarpane, wyrwane z igrzysk śmierci zwanych dochodzeniem do siebie po nieszczęśliwej miłości. Nie czekałam na nic i nie wierzyłam, że można jeszcze żyć w kontekście innym niż mój własny. Było mi dobrze. Wstawałam do pracy, by ładnie się ubrać i przez 8 godzin bawić się w reklamę i marketing, które nazywam „Wielką Improwizacją. Dziadostwo część IV”. Jestem w tym dobra, bo traktuję swoje obowiązki jakby były planszą gry wartą przejścia dla samego rzucania kostką. To wada albo zaleta – zależy, która jest godzina. Codziennie jadłam w pracy zdrowy obiad przygotowany rano w kuchni i zamknięty w szczelnym pudełku. Po pracy szłam na siłownię, by zahartowane ciało pomagało mi hartować umysł.

Pomagało. Czułam się ze sobą bardzo dobrze. Autoironią i błyskotliwością szastałam jak srebrnymi monetami, za które sprzedałam później nie tylko miejsce modlitwy pewnego chrystusa, ale wszystkie jej sekretne słowa. Po tym, jak ciało i duszę rozłożono mi na brzydkie kawałki, zaczęłam pielęgnować każdą ich część z największą czułością, dbając o dworski obyczaj. Lubiłam swoje spokojne życie, bo to do niego jestem stworzona – cierpliwie czytałam kolejne książki z Listy Książek Do Przeczytania oraz oglądałam dobre lub potrzebne filmy, a screenami z nich zapełniałam folder na pulpicie. Chodziłam sama do teatru i czułam się wolna w ten dorosły sposób, kiedy punktujesz na liście dobrych uczynków nie po to, by iść do bierzmowania. Premiery i wernisaże oglądałam z dostojną dumą dyskretnej damy, której czerń nie jest wyrazem żałoby, a mroku w trybie stand-by. Paliłam rzadko lub tylko czasami, piłam umiarkowanie dobry alkohol, ale z nieudawanym namaszczeniem, składając usta w kokardkę i przykrywając je delikatnie serwetką, która zamieniała się w mój własny krakowski całun. Byłam palcami grającymi na fortepianach świata, bo miałam w sobie siłę, która przyciągała do mnie ludzi, na których uczyłam się chwytliwych melodii. Wciąż nie wiedziałam, czego chcę, ale byłam w tej rzadkiej i komfortowej sytuacji, kiedy przynajmniej wiesz, których rzeczy nie życzyłbyś sobie na urodzinach. Ufałam sobie i inni również mi ufali, przede wszystkim dlatego, że byłam sama, a tacy ludzie zawsze są najbardziej wiarygodni. Złote łańcuchy na szyi i rękach nie są dzisiaj znakiem bogactwa – zwiastują zbliżający się cyrk. Życie mi się udawało i wreszcie zrobiło się możliwie: nic nie musiałam, wszystko mogłam, Coca-Cola, enjoy your life.
El dorado. Raj na ziemi. Rock’n’roll, YOLO, carpe diem, fuck the world, let it be, fuck the people, fuck me.
Był piątek. W maju szłam chodnikiem i spadł na mnie człowiek. Piękny. Spadał z bardzo wysoka i upadek ten winien go zabić, ale ja nie takimi trampolinami już byłam, więc i on lekko się ode mnie odbił, a potem wstał. Na spadających ludzi patrzy się trochę inaczej niż na tych, którzy się podnoszą. Do pierwszych masz więcej rezerwy, do drugich szacunku. A mi znikąd w gardle wzięła się wiśniówka z amfetaminą – ten niewysłowiony haj, który przytrafia ci się w momencie, gdy wiesz, że robisz właśnie to, co należy. I czułam się jakbym pociła się czymś przesłodzonym, jakbym pisała harlekina smsami. Chciałam, żeby miał mnie jak tamagotchi – karmił i wyprowadzał, budził, kiedy śpię, i resetował, kiedy umrę. Byliśmy jak związek przyczynowo-skutkowy na zawsze złączeni dywizem lub wieczną półpauzą. Działałam na zasadzie ryzyka, nie winy. Mówiłam „więc odkryj mnie, panie Kolumb”, a on dotarł do mojej Ameryki szybciej niż przewidzieć mógł Lem, gdyby mógł. Uważaliśmy, że papierosy są piękniejsze od biżuterii. Nic nie wiedzieliśmy o śmierci, za to wszystko o miłości i winie. Przestałam jeść. Przestałam hartować ciało, przestało mnie obchodzić hartowanie duszy.
Potrzebujemy świadków naszego życia, dlatego dzisiaj zeznaję: trzy tygodnie. El dorado. Raj na ziemi. Rock’n’roll, YOLO, carpe diem, fuck the world, let it be, fuck the people, fuck me. Kocham cię.
Jest lipiec. Chodzę chodnikami. Patrzę w górę. Chcę wiedzieć, kiedy się zatrzymać.![]()
* Autorka wykorzystała cytaty z J. Żulczyka i A. Wolny-Hamkało, bo lepiej opisać nie było można.
![]()
MARTYNA ORLIK
Pisze, bo morze.
ADA AUGUSTYNIAK
Ilustratorka, graficzka, fotografka, filozofka. Robi w życiu to, co chce.