
ZUZANNA LEWANDOWSKA | KAROLINA KOŚCIELNIAK![]()
Nad tym, co wpływa na to, że jesteśmy tacy, jacy jesteśmy, i jawimy się takimi, a nie innymi, głowili się filozofowie, socjologowie i inni –owie już od dawien dawna. Trudno jednoznacznie orzec, czy doszli oni do jakiegokolwiek sensownego wniosku. Pytanie „czyśmy z natury, czy z kultury?” nadal frapuje mądre głowy niczym odwieczna zagwozdka dotycząca pierwszeństwa jajka i kury. Nad nieocenionym wpływem kultury, w której żeśmy się zrodzili, cywilizacji, w której dojrzewamy, i wieku, w którym nam przyszło żyć, nie ma się co za bardzo rozwodzić. Biedny Kaspar Hauser zapewne miałby szczęśliwsze dzieciństwo, gdyby jego „cywilizacja” przyjęła kształt zgoła odmienny od ciemnej piwniczki z drewnianym konikiem. Mamy tu zatem klasyczny przykład „złego wychowania” i zgubnego wpływu tego, co nas otacza, na naszą naturę. (Polemizować można z tym, czy sam Kaspar tak sprawę postrzegał, jednak historie kolejnych „Hauserów” doskonale świadczą o tym, że jednak coś jest na rzeczy – i to coś, co poniekąd budzi nasz sprzeciw.) No właśnie – czy natura odgrywa obecnie jakąkolwiek rolę? I czy to ona jest „matką” zła, czy za jego narodzinami stoi jednak kultura?
„NAUGHTY BY NATURE”
CZY „NAUGHTY BY NURTURE”?
Na złowrogi wpływ cywilizacji i kultury na „czystą i nieskalaną” ludzką naturę zwróciła uwagę dwa wieki temu Mary Shelley, pisząc swojego Frankensteina. Morał opowieści o „obmierzłym potworze”, który nikczemny staje się dopiero w momencie konfrontacji ze społeczeństwem, jest przecież jeden – za demoralizacją stoi wychowanie w naszej „złej” cywilizacji. Tu zaprotestowałby nasz rodzimy nihilista, Tadeusz Różewicz, który po wojnie kategorycznie stwierdził, że „zło bierze się z człowieka i tylko z człowieka”. Rodzimy się potworami czy nie – zagadką nadal pozostaje to, czym to zło tak de facto jest i kto określa jego znaczenie. Odpowiedź nasuwa się jedna – co innego, jak nie państwo wraz ze swoim wachlarzem praw, zasad i kodeksów (czy religia z dekalogiem bądź tradycja z fundamentami etycznymi), czyli klasyczny twór naszej wspaniałej cywilizacji, który mówi nam, co jest „be”, a co godne pochwały?
U WRÓT PONOWOCZESNOŚCI
W tym momencie warto przyjrzeć się pewnemu charakterystycznemu zwrotowi w kulturze, czyli nadejściu „nowej epoki”, szumnie nazwanej przez wielkich filozofów naszej ery ponowoczesnością. Abstrahując od tego, że termin ten do dziś nie doczekał się jednoznacznej definicji, a jego koncepcje są tak różnorakie, że momentami kłócą się same ze sobą, trzeba jednak zauważyć, że faktycznie „coś musi być na rzeczy”. Niektórzy twierdzą, że utraciliśmy kręgosłup moralny i wszelkie wartości obecnie właściwie nic nie znaczą, a inni, że zwyczajnie zmieniliśmy podejście do dotychczas podawanych nam z góry – przykładowo przez państwo bądź religię – sposobów ich pojmowania. Mówiąc w skrócie, wszystko jest dziś relatywne, a to, czy dany czyn jest dobry, czy nie, wynika nie z tego, co mówią nam „wielkie autorytety”, tylko z naszych indywidualnych poglądów czy zapatrywań. Czyli jednak wracamy do natury.

DYLEMATY FRANKENSTEINOWSKIE
W NOWYM WYDANIU
Na tego typu rozważania oczywiście sztuka nie mogła pozostać obojętna i oto – jako figurę naszych „chwiejnych” w swych fundamentach czasów – przedstawiono nam nowego bohatera. Monstrum doktora Frankensteina tym razem przyjęło sympatyczną buźkę i godną podziwu profesję, objawiając się pod postacią „fajnego mordercy” w zakończonym rok temu serialu Dexter. Bohater nie tylko charakteryzuje się uroczą fizjonomią i usposobieniem, ale i od dziecka zabija ludzi. Tatuś nakierował jednak jego popędy wyłącznie na nikczemnych rozbójników, więc poniekąd można go usprawiedliwić – w końcu zabija tylko „tych złych”. I tu powracamy do sedna całej sprawy. Czy nasz Dexter faktycznie jest „urodzonym mordercą”, który na skutek traumatycznych przeżyć z dzieciństwa po prostu musi zabijać? Czy jest to skutek wychowania przez tego ponowoczesnego Frankensteina, jakim jawi się jego ojciec, Harry Morgan? I czy – kierując się swoimi popędami bądź kodeksem Harry’ego, dążącego do samozwańczego wymierzania sprawiedliwości – robi on dobrze, czy źle? Niezależnie od samego kształtu, jaki przybierały kolejne serie serialu, i ich fabularnej bądź estetycznej wartości, konfrontuje nas on z rozterkami, wobec których faktycznie stawia nas współczesny – czy ponowoczesny – świat.
AMERICA, THE BEAUTIFUL!
Nie bez przyczyny Dextera wydała Ameryka, kraj, który już całe lata nękany jest powracającym jak bumerang kryzysem wiary w tradycyjne autorytety. A jak wiadomo – na każdy kryzys sztuka ma swoją odpowiedź. Stany Zjednoczone wręcz ulubiły sobie postać dwuznacznego moralnie bohatera-samozwańca, który wobec nieskuteczności państwa i prawa, na własną rękę postanawia wymierzać sprawiedliwość – poczynając od outsiderów z powieści detektywistycznych, poprzez herosów z antywesternów, aż po komiksowych superbohaterów. I nieprzypadkowo idealnym wzorcem dla Dextera stał się właśnie Batman, również pokrzywdzony przez los, psychopatyczny i antyspołeczny (nawiązanie jest tu literalne – w sezonie drugim podziwiamy przecież Dextera jako Mrocznego Obrońcę, czyli kolejne wcielenie Mrocznego Rycerza). Z tym, że Bruce Wayne aspirował jednak do szerzącego sprawiedliwość „masowego nadczłowieka”, a Dexter ma to, krótko mówiąc, „gdzieś”, a wręcz chciałby być zwyczajnym obywatelem, który nie wyróżnia się niczym wielkim. Wygłasza bądź co bądź pompatycznie brzmiące frazy na temat „zadośćuczynienia i tak dalej”, ale w końcu tego wyuczył go ojciec. A w imię czego działa sam bohater? Znów powracamy do instynktów i… natury.
TAKA ETYKA Z NATURY CZY TAKA Z KULTURY?
Moralne dyrektywy, cnotliwe autorytety, aksjologia i etyka – kto dziś walczy w imię tych górnolotnie brzmiących sloganów? Obecnie potrzeba superbohatera na miarę naszych czasów, który swoimi działaniami będzie odzwierciedlał dzielone przez społeczeństwo dążenia i pragnienia. Pytanie, do czego my w tym „nowym, wspaniałym świecie” dążymy i z kim pragniemy się identyfikować. Powróćmy zatem do Dextera. Nie postępuje on zgodnie z prawem, a tym bardziej nie interesuje go to, co zapisane w dekalogu czy uświęcone przez jakąkolwiek tradycję. Chce zaspokoić swoje „chorobliwe żądze”, a gdzieś „przy okazji” zadośćuczynić poszkodowanym, eliminując ich krzywdziciela. Można rzec, że koniec końców każdy – oprócz samego delikwenta, który ląduje na stole Dextera – jest usatysfakcjonowany. Gdzie tu problematyka zbrodni i kary, gdzie rozterki dotyczące dobra i zła, gdzie moralność? Skoro nie liczą się jakiekolwiek autorytety, które latami budowali nasi przodkowie, ustalając reguły i zasady postępowania, to wszystko staje się relatywne. Pojęcie „wolnej amerykanki” nabiera tu dość dosłownego znaczenia, bo oto w USA – zwłaszcza po wydarzeniach z 11 września 2001 roku, czyli funkcjonującym w socjologii zjawisku określanym jako „post-9/11” – już nikt nie wierzy w skuteczność prawa, a poczucie bezsilności wobec „bezimiennego terroru” sięga zenitu. Nic więc dziwnego, że Dexter – ze swoim wyuczonym pojęciem sprawiedliwości (którą nota bene egzekwuje z praktycznie stuprocentową skutecznością) i ignorancją wobec odgórnie narzuconych zasad – to aktualnie „the greatest American (super)hero”. Seryjny morderca, z którym potrafimy się utożsamiać do takiego stopnia, jak dotąd z żadnym innym moralnie dwuznacznym bohaterem-outsiderem. Czy „stworzony do zabijania” Dexter, tak usilnie starający się spełniać wszystkie role, w które wrzuciła go sieć zależności społecznych, to bardziej twór Kultury? A może nasz wybrakowany emocjonalnie bohater, który, niczym „drapieżnik na łowach”, kieruje się swoim instynktem i wrodzonymi żądzami, to jednak klasyczny przykład „dziecka Natury”? Być może warto samemu zastanowić się nad tym, z kim pragniemy się identyfikować – i w jaki sposób uzasadnimy przemoc.![]()
***
W jednym z wywiadów Michael C. Hall, czyli odtwórca roli tytułowego Dextera, zwrócił uwagę na hurrastyczne podejście Amerykanów do granego przezeń bohatera, podczas gdy europejscy fani przejawiali dość sceptyczne nastawienie. Na jednym ze spotkań stwierdzili: „Halo, halo – przecież koleś zabija ludzi. Co z tego, że złych, no ale jednak”. Czyżbyśmy zatem – jako spadkobiercy wartości „kolebki wszechkultury” – mieli moralną przewagę nad naszymi zachodnimi sąsiadami?
![]()
ZUZANNA LEWANDOWSKA
Absolwentka filmoznawstwa i teatrologii na poznańskim UAM. Z braku laku pożera seriale, a popkulturową papkę chłonie jak gąbka, usilnie starając się przetworzyć ją na coś sensownego.
KAROLINA KOŚCIELNIAK
Studentka zarządzania firmą na UJ, maluje odkąd pamięta.