
NUMER 13 (4) SIERPIEŃ 2015 | "FOLWARK ZWIERZĘCY"
KAROLINA ŻYNIEWICZ | DOROTA KOLESIŃSKA![]()
Julii Kristevej przypisuje się stworzenie pojęcia abiektu. W przeciwieństwie do obiektu jawi się on jako wymiot, coś poza, czemu odmawiamy prawa bycia podmiotem. Jest więc abiekt symbolem wszystkiego, co obce, choć dziwnie pokrewne zarazem, niechcianym krewnym, przypominającym o pospolitym pochodzeniu.
Być może Kristeva ubrała znane zjawisko w nowe zgrabne określenie. Bowiem temat granic i ich przekraczania znacznie wyprzedza jej rozważania. Lęk i obrzydzenie, choć definiowane indywidualnie, istnieją odwiecznie, spychając na margines różne formy materii. Badaczka wymienia trzy podstawowe kategorie obrzydliwości czy abiektu: tabu pokarmowe, zniekształcenie ciała (finalnie śmierć), ciało kobiety i kazirodztwo. Wszystkie one nierozerwalnie wiążą się z naszą cielesnością. Wydzieliny, ekskrementy, obcięte lub wypadłe włosy czy paznokcie to idealne przykłady „wymiotów”, elementów ciała (podmiotu) skazanych na banicję. Oddzielone od całości, a zatem pozbawione funkcji, stają się zanieczyszczeniem.
W otoczeniu można odnaleźć znacznie więcej rzeczy „nie na miejscu”, które mogą budzić fobie. Co ciekawe, zwykle przynależą one do świata natury, chociaż może być on traktowany jako parafraza ludzkiego ciała. Analiza owych lękotwórczych czynników oraz próby ich odczarowania stały się głównym tematem moich artystycznych badań.
Nazywam to, co robię, artystycznymi badaniami, ponieważ moim głównym celem jest wygenerowanie pewnych sytuacji w oparciu o elementy wizualne czy sensualne (tzw. artefakty). Wywołują one różne ludzkie reakcje, dzięki czemu pozwalają mi dowiedzieć się czegoś o publiczności, ale też publiczności o sobie samej, o własnych granicach. Niezwykle ważnym aspektem sztuki jest dla mnie bowiem jej poznawczy charakter. Chodzi w dużej mierze o zaspokajanie ciekawości świata.
Od dłuższego czasu pracuję z owadami. Okazały się one bowiem jednym z ciekawszych abiektów. Już sama dychotomia między pojęciami „owada” a „robaka” stanowi interesujący temat obserwacji. Badam jej źródła i występowanie, budując wraz z owadami efemeryczne habitaty w różnych zaskakujących miejscach. Moje żywe wystawy opierają się zarówno na moim współbytowaniu z owadami i z publicznością, jak również na kontakcie publiczności z owadami. To tworzenie relacji, która często pozwala przekraczać uprzedzenia i lęki. Zagubienie między tym, co widzę, czuję (i mi się podoba), a tym, co wiem (że powinienem odrzucić), skutkuje koniecznością zmiany podejścia. Owe transformacje są fascynujące.
Ludzie mają skłonność do nazywania owadów robactwem, niezależnie od tego, z jakim gatunkiem mają do czynienia. Chyba jedynie motyle budzą powszechny podziw i akceptację. Wszystko inne pełza, kąsa, brudzi, jest nieokiełznane, groźne w swej małości. Samo słowo „robak” oznacza poniekąd brud. Można je też odnosić do ludzkiej kondycji, tego, co dręczy, drąży, niepotrzebnie zanieczyszcza myśli. Kontynuacją myśli o robaku jest plan zniszczenia, zgniecenia, stłamszenia, jednak najpierw trzeba schwytać, co nie jest takie proste.
Pierwszy żywy projekt z udziałem owadów realizowałam w galerii stworzonej w przestrzeni dawnego mieszkania (Galeria Miłość, Toruń). „Zanieczyściłam” zatem za jednym razem dwa miejsca, którym należy się ochrona przed brudem. Domy oczyszczamy bowiem w celu ochrony zdrowia, galerie – własnych wytworów (myśli).
Ostatnie „zanieczyszczenie”, którego dokonałam, miało miejsce w muzeum etnograficznym, Muzeum Ziemi Zbąszyńskiej i Regionu Kozła w Zbąszyniu. To przykład tradycyjnego muzeum, w którym szczególnie dba się o to, by żadna forma życia nie zagroziła bezpieczeństwu eksponatów. Owad czy grzyb oznacza szkodnika, który będzie żerował, a tym samym niszczył. Człowiek w muzeum (wszelkiego typu) też oznacza swoiste zagrożenie. Zakazane jest dotykanie, „zarażanie życiem”.
Project second life był złamaniem wszelkich powyższych zasad. Na sześć dni wprowadziłam się do muzealnych wnętrz, używając wszelkich przedmiotów pozostawionych przez dawnych mieszkańców, śpiąc w wielkim drewnianym łożu, mając na przeciwległej ścianie niesamowite fotografie funeralne. Muzeum Ziemi Zbąszyńskiej i Regionu Kozła to właściwie sześć sal poświęconych różnym zagadnieniom dotyczących historii życia w tym regionie, głównie rzemiosłu. Wszystkie one wyglądają jak typowa dla muzeów tego typu ekspozycja, szklane gabloty, podesty, fotografie i opisy na ścianach. Poza jedną, która będąc rekonstrukcją przestrzeni mieszkalnej, stała się moim lokum. Choć na chwilę przywróciłam relikty do użycia. Powszechne zdziwienie budziły moje trampki, ubrania i przybory toaletowe zgromadzone w okolicach łóżka i toaletki. Nie wprowadziłam się sama. Prócz mnie w przestrzeń muzeum wniosły życie owady (drewnojady, karaczany, mączniki) i kombucha, czyli symbole tego, co w takim miejscu niedopuszczalne. Zależało mi na wejściu w dialog z zastaną scenerią, płynnym wtopieniu się w nią, bez zakłócenia porządku. Poza żywymi organizmami wprowadziłam zatem też kilka śladów po nich, tak, by jeszcze bardziej wtopić się w charakter miejsca, ale jednocześnie skomplikować poszukiwania. Czasami były to śladowe interwencje.
Moja codzienność w muzeum, bycie elementem przywróconego mu życia, miały kilka celów. Za jeden z kluczowych należałoby uznać bycie pośrednikiem, łącznikiem między ludźmi a owadami. Ze mną łatwiej było oglądać wystawę nawet osobom, które deklarowały lęk przed owadami. Tak, jakby moja osoba rzucała inne światło na dotychczas odrzucane elementy rzeczywistości. Nigdy nikogo nie przekonywałam do siebie ani owadów na siłę, to wychodziło spontanicznie. Trudno powiedzieć, czy tę samą otwartość, którą przejawili ludzie wobec moich owadów, będą przejawiali wobec wszystkich innych, ale choć na chwilę udało się zbudować rodzaj relacji. Chciałabym wierzyć, że będzie ona stała, ale wiem, że sztuka wytwarza pewien kontekst, w którym dużo więcej rzeczy jest dopuszczalne i wykonalne.
Obecność żywych owadów na ekspozycji była dla gości za każdym razem zaskakująca. Umieszczone w szklanych, dekoracyjnych naczyniach można było odnaleźć w kredensach, szafkach, regałach, toaletkach. Za akwaria służyły naczynia z ekspozycji, butelki, kielichy, kufle, ale też pewna część pokazana była w plastikowych pojemnikach, w których są sprzedawane. W obu wypadkach ludzie ujawniali swoje skojarzenia z pokarmem. Zwłaszcza kiedy codziennie wrzucałam do pojemników świeżą sałatę, pomidor i jabłko, zaczynały wyglądać jak apetyczne sałatki czy przetwory. Element pokarmowego tabu paradoksalnie pobudzał apetyt.
Codzienny rytuał karmienia w asyście wolontariuszy za każdym razem budził emocje. Świerszcze oraz karaczany tureckie to niezwykle szybkie i zwinne owady. Wystarczyła chwila nieostrożności, by wydostały się z pojemników. Bardzo trudno było je schwytać. Skłonność do ucieczki wykazywały też larwy. Jeśli pokarmu było na tyle dużo, by się po nim wspinać, docierały do gazy zakrywającej pojemnik i przedzierały się przez nią. Oczywiście na wolności wyglądały najciekawiej, ale też wywoływały we mnie lęk przed złamaniem zasad, byciem nie fair wobec opiekunów muzeum, którzy zaufali mi, że zdołam utrzymać życie w ryzach. W nocy, kiedy było naprawdę cicho, słyszałam dźwięki wydawane przez owady, ruch larw w pojemnikach, co nakręcało wyobraźnię. Niejednokrotnie wstawałam, by sprawdzić, czy nic nie wydostało się z pojemników.
Podczas tych sześciu dni odkryłam, że w muzeum jest więcej życia, niż sądziłam – i to pozostającego poza moją opieką czy kontrolą. Całe mnóstwo owadów żyje tam na własną rękę, np. ćmy czy korniki. Cały budynek zdaje się być żywy, gdy skrzypią drewniane podłogi. Tyle że na co dzień mało zwraca się na to życie uwagi. Dopiero intencjonalne jego wskazanie, choćby przez mój projekt, uwrażliwia.
Jak zwykle przy tego typu działaniach najciekawsze były rozmowy z publicznością. Często pojawiały się bardzo osobiste wątki dotyczące tematu życia i śmierci. Wiele osób przyznawało, że bez problemu może patrzeć na owady zamknięte w szczelnych pojemnikach, gorzej, kiedy wyobrażą sobie, że mogłyby się one jakoś wydostać. Zatem okiełznanie okazało się tu podstawą poczucia bezpieczeństwa. Dzieci zwykle przejawiają największą tolerancję i otwartość, jednak od jednej z grup na pytanie, gdzie widzieli owady, a gdzie robaki, otrzymałam odpowiedź, że owady widzieli na rysunkach, a robaki żywe. To by potwierdzało moje wcześniejsze obserwacje, że owad jest nobilitowanym książkowym pojęciem, robak zaś namacalnym, choć też szeroko pojmowanym, symbolem odrzuconego.
Z końcem trwania projektu, pojawił się pewien problem, co zrobić z owadami, które zostały w dużej ilości zakupione w sklepie zoologicznym specjalnie na wystawę. Z racji posiadania już w domu pokaźnej hodowli karaczanów madagaskarskich, drewnojadów, mączników i much plujek, nie mogłam ich wszystkich zabrać. Wygenerowało to ciekawe zjawisko zbiorowej adopcji. Wolontariusze kupili sobie specjalnie akwaria, żeby zaopiekować się pewną częścią owadów. Miło było patrzeć, jak troskliwie się nimi zajmują. Mało tego – opiekuńczość zaczęli przejawiać też ich krewni. Nagle odpychany zwykle element zyskał rangę podopiecznego, który dodatkowo może spajać relacje. Świerszcze zostały rytualnie wypuszczone na wolność, zaś mączniki zgodził się przyjąć okoliczny sklep zoologiczny. W drogę powrotną zabrałam jedynie symboliczną ilość larw drewnojada.
Nie jestem tak naiwna, by wierzyć, że umiejscowię wszystko, co nie na miejscu. W zasadzie nie ma nic złego w istnieniu granic, bez nich nie byłoby wyzwań przekroczenia. A momenty transgresji fascynują, niezależnie od ich skali. Kolejny projekt badawczy planuję w zakładzie karnym. Materia przekroczenia pozwoli, mam nadzieję, zbadać, czy wszystkie normy i bariery tak samo łatwo jest przekroczyć.![]()
![]()
KAROLINA ŻYNIEWICZ
Absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi, artystka wizualna, sztukę traktuje jako najszersze możliwe pole badawcze. Interesuje ją twórczy eksperyment z udziałem różnych form materii organicznej, w tym ludzi. Za podstawowe źródło inspiracji uważa naturę. Zafascynowana porządkiem i logiką nauki, głównie biologii i medycyny, stara się włączać te obszary do swoich działań. Głównym tematem jej badań są szeroko rozumiane granice, zwłaszcza pomiędzy kategoriami estetycznymi. Poprzez swoje żywe wystawy generuje sytuacje sensoryczne, które stanowią pole obserwacji zachowań wszystkich istot, które są ich uczestnikami.