
NUMER 16 (7) LUTY 2016 | "PRZEKRACZANIE GRANIC"
Zbliża się gala wręczenia Oscarów, lecz dyskusję o filmach przyćmił jeden hasztag: #OscarsSoWhite. Wydostał się poza media społecznościowe, budząc skrajne reakcje: bunt i oskarżenia o (czarny) rasizm, nieco rzadziej (białe) poczucie winy, a prawie w ogóle – refleksji.
April Reign, jedna z redaktorek BroadwayBlack.com, poczuła się oszukana i niemile zaskoczona, gdy w ubiegłym roku wśród nominowanych do aktorskich Oscarów nie znalazła się żadna osoba niereprezentująca rasy kaukaskiej. W tym roku poczucie ujednolicenia jest jeszcze bardziej dojmujące, więc utworzony w 2015 roku hasztag Reign zyskał szeroki oddźwięk. Dyskusja, która się rozpętała, mniej dotyczy samych filmów, a bardziej nominacji czy raczej ich braku w przypadku Afroamerykanów i mniejszości etnicznych. To z kolei przekłada się na krytykę przemysłu filmowego. Cheryl Boone Isaacs, przewodnicząca Amerykańskiej Akademii Filmowej, zadeklarowała, że jej celem będzie zróżnicowanie akademików, a przez to przemiana kinematografii, lecz będzie to długi proces.
Niedawne SAG Awards, które wyróżniły aktorską kreację Idrisa Elby w Beasts of No Nation (2015, Cary Joji Fukunaga), komentowane były jako przeciwwaga dla Oscarów, a zatem pośrednio i kina głównego nurtu. W Sundance zwyciężył film Nate’a Parkera The Birth of a Nation (2016) o buncie Afroamerykanów dowodzonym przez Nata Turnera (w tej roli reżyser). Spike Lee – choć jego ostentacja pogłębia niestety niezrozumienie – zamiast na galę, wybierze się z żoną na mecz NBA. Z drugiej strony dialog uniemożliwiają również filmowcy krytykujący akcję – Julie Delpy, Danny DeVito czy Alejandro González Iñarritu negatywnie wypowiedzieli się o „roszczeniowym” podejściu Afroamerykanów. Tymczasem jednak głównym postulatem Reign i zwolenników akcji są zmiany strukturalne w przemyśle filmowym, w którym wciąż wydają się nierzadko pokutować prawa Jima Crowa, restaurujące po ruchu abolicjonistycznym segregację rasową.
Z trzeciej strony – nominacja dla scenarzystów Straight Outta Compton (2015, F. Gary Gray) była niedoceniona przez to, że wyróżniono białe osoby za opowiadanie „naszych” historii, czego przykładem jest również m.in. najnowsza twórczość Quentina Tarantino i jej recepcja.
Rozdział I: Paint It(,) Black
Wypada jednak cofnąć się do korzeni. Czasami uznaje się Narodziny narodu (1915, D. W. Griffith) za dzieło, które było kamieniem milowym w kodyfikacji narracji filmowej. Czasami uznaje się ten film również za kamień u szyi – naznaczający początki kinematografii piętnem jawnego rasizmu. Plantacyjne resentymenty, legitymizacja światopoglądu KKK i krzywdzące stereotypy rasowe spotęgowane były przez skandaliczny angaż: w role byłych niewolników wcielili się biali aktorzy z pomalowanymi na czarno twarzami. Skandal poprawił pozycję Afroamerykanów w przemyśle filmowym, lecz nie zmienił sposobu myślenia i kulturowego dziedzictwa. Ok. 1840 powstały bowiem tzw. minstrel shows, w których ukazywano „uczernionych czarnych” jako nierozgarniętych, naiwnych, przesądnych, niefrasobliwych, radosnych i utalentowanych muzycznie. Educated feet robiły furorę na deskach teatralnych w wodewilach, a następnie na planie filmowym i w studio telewizyjnym. Blackface comedy była bardzo popularna do końca lat 30., ale przykładowo ostatni odcinek Amos’n’Andy powstał w 1955, a z anteny został ściągnięty w 1966. Od tego czasu Hollywood zdążyło umyć twarz, Aunt Jemimę zastąpić „poprawną politycznie” Consuelą, a African-American English Vernacular (AAEV) przekuć w formę edukacyjną i niemalże terapeutyczną (jak „dźwięczną” gramatykę „You smart…” ze Służących, 2011, Tate’a Taylora). Jednak skandale, które wybuchły po premierze Jaj w tropikach (2008, Ben Stiller), po właściwie każdych obchodach Halloween w Stanach Zjednoczonych (np. w 2013 Julianne Hough „przemalowała” się na gwiazdę Orange Is the New Black, 2013–) czy w końcu po powrocie na antenę programu Amos’n’Andy (2012 – Rejoice TV), świadczą o tym, że apokaliptyczna wizja powrotu minstrel shows (Bamboozled, 2000, Spike Lee) wydaje się nie aż tak oderwana od rzeczywistości.
Rozdział II: Przeminęło z wiatrem
Teraz wypada cofnąć się do Korzeni (1977). Ten serial bowiem wyznaczył sposób opowiadania historii Afroamerykanów, ich mitologię i martyrologię. Stworzył narrację, z którą nie można polemizować – czego efektem są dzieła pokroju Chwały (1989, Edward Zwick), Amistad (1997, Steven Spielberg) czy Zniewolonego (2013, Steve McQueen). Takie narracje wymagają jednak dużego budżetu, czyli współpracy z wielkimi wytwórniami. A o nią Afroamerykanie muszą nadal walczyć, jak chociażby o prawo do realizacji Malcolma X(1992), które Lee „wydarł” Narmanowi Jewisonowi.
W przywoływanym wcześniej Bamboozzled ironicznie portretowany Dunwitty (Michael Rapaport), producent telewizyjny uważający, że ma „czarną duszę”, uważa, że Spike Lee nie ma racji, „nigger” jest tylko słowem, a Tarantino może go używać, jak często tylko chce. W ten sposób reżyser odwołuje się do konfliktu, który w 1997 roku rozpętał się między twórcami. Lee, próbując „robić, co należy”, wytknął nadmiar rasistowskiego języka w Jackie Brown (1997), co zaognił dodatkowo Django (2012), a trzy lata później Nienawistna ósemka, nie było już mowy o żadnym liczeniu wyzwisk: walka o słowa zmieniła się w walkę na słowa.
Rozdział III: „Black’s fine”
„Nie jestem przeciwko używaniu tego słowa – sam go używam, ale Quentina ten zwrot rozpala. Czego oczekuje? Że zostanie uznany honorowym czarnym?” – to fragment wywiadu Lee, którego udzielił dla „Daily Variety” po obejrzeniu Jackie Brown. Film Tarantino jest hołdem złożonym kinu blaxploitation – główną rolę powierzył gwieździe The Big Doll House (1971), Coffy (1973) czy Foxy Brown (1974, wszystkie w reżyserii Jacka Hilla), Pam Grier, w typowy dla siebie kolażowy sposób połączył nawiązania do najważniejszych autorów i filmów tego odłamu kina eksploatacji. Reżyser wykorzystuje sensacyjne fabuły typowe dla tego typu kina, co poza nagłośnionymi „38 słowami na N-” stało się głównym źródłem krytyki – blaxploitation słynęło z kryminalizacji Afroamerykanów.
W Jackie Brown handlarz bronią Ordell (Samuel L. Jackson) ukazany jest jako postać negatywna, zabójca o rasistowskich i seksistowskich poglądach, lecz pracująca dlań tytułowa bohaterka, oszukująca i policję, i jego, pokazana zostaje jako osoba wielowymiarowa, sprytna i odważna, nostalgiczna, ale stojąca ponad podziałami rasowymi. Także jakkolwiek Lee neguje blaxploitation jako nieprzystające do doświadczeń Afroamerykanów (mimo że sam wyreżyserował remake filmu Billa Gunna z 1973 roku, Ganja and Hess – Da Sweet Blood of Jesus z 2014), Tarantino dostrzega w tym nurcie źródło pokrzepiającej mitologii. Tożsamości nie buduje się tutaj na cierpieniu, zniewoleniu i słabości, lecz na sile, uporze i walce o sprawiedliwe traktowanie – nawet jeśli egzekwuje się ją za pomocą colta.
Rozdział IV: Legendy afrykańskie
Tarantino już wcześniej odwoływał się do wątków rasowych – we Wściekłych psach (1992) stylizował gangsterów na wzór blaxploitation i hood films (co Paul Gromley określił jako „afroamerykanizm”). Jak mówi Mr. Pink (Steve Buscemi): „Zachowujecie się jak banda pieprzonych czarnuchów. Czy kiedykolwiek pracowaliście z nimi? Tak jak wy – cały czas mówią tylko, że się pozabijają nawzajem!”. Nawet jeśli Nice Guy Eddie Cabot (Chris Penn) uważa, że to więzienie robi z mężczyzny „czarnucha”, ucząc go serwilizmu, widz nie ma wątpliwości, że reżyser korzysta ze stereotypów, ale dystansuje się od tych wypowiedzi, konstruując bohaterów, którzy rzeczywistość postrzegają jako biało-czarną. Czasami jest to nawet wersja negatywowa: w Pulp Fiction (1994) przede wszystkim Jules (Samuel L. Jackson) używa słowa „nigger” względem swoich towarzyszy.
W tych filmach Tarantino głównie bawi się kliszami, demontując wielkie narracje z dezynwolturą formalną, ale lekceważąc subwersywny potencjał takich zabiegów. Jednak od 2009 obecny w jego twórczości temat zemsty zaczął nabierać społecznego zacięcia. To już nie Czarna Mamba (Uma Thurman w dylogii Kill Bill, 2003 i 2004) czy banda zbuntowanych dziewczyn (Grindhouse: Death Proof, 2007) ruszyły w krwawą podróż, lecz Bękarty wojny walczyły o sprawiedliwość. Opowieść o oddziale renegatów siejących postrach wśród nazistów oraz skrzywdzonej przez Niemców Żydówki francuskiego pochodzenia stworzyła autotematyczną narrację, akcentując sam wątek opowiadania filmowego. To poprzez nie możliwa staje się bowiem zemsta, nawet jeśli symboliczna – kino płonie razem z oprawcami, nad których popielejącymi ciałami unosi się śmiech Shosanny (Mélanie Laurent). W tym filmie Tarantino po raz pierwszy tak świadomie oddaje głos grupom, które w historii otrzymały miano ofiar – swoją twórczość zamienia w rodzaj społecznej tuby. Kino jest narzędziem spóźnionej wendety, a funkcjonując jako mechanizm mitotwórczy, generuje alternatywną mitologię, gdzie Żydzi, rdzenni Amerykanie czy byli niewolnicy niekoniecznie są postaciami szlachetnymi, ale posiadają moc sprawczą. Biorą narrację we własne ręce.
Tylko czy takie nowe imaginarium może być stworzone przez WASP-ów? Lee uważa, że nie, broniąc wywalczonego przez lata prawa głosu. Po premierze Django na swoim Twitterze napisał: „Amerykańskie niewolnictwo nie było spaghetti westernem Sergio Leone. To był Holocaust”, protestując przeciwko reinterpretacji tematu w formule kina rozrywkowego. Czy jednak nie jest tak, że łzy widzów czynią ze Zniewolonego niemalże w feel-good movie, wyczerpując nasz namysł nad tematem? Czy humor i ironia nie tworzą dystansu? Czy dzięki temu filmy o niewolnictwie nie zmienią się – na wzór Holocaust movies – w slavery movies?
Lee skrytykował film Tarantino także za sposób reprezentacji jednego ze służących – Stephena. W tej roli Samuel L. Jackson zamknął skrajny serwilizm wobec pana i nienawiść względem własnej rasy – prawie na wzór Fanonowskich „białych masek”. Niechęć do ukazywania zróżnicowanych narracji i postaw – nawet jeśli ukazanych w tak komiksowej konwencji – przypomina nasz rodzimy patriotyzm, w którym prawdziwie polskie jest tylko to, co godne pochwały i oficjalne. Przedostatni film Tarantino, mimo że eskapistyczny, jest opowieścią o prywatnej walce oraz wyzwoleniu tożsamości w czasach, gdy Afroamerykanie traktowani byli jak podludzie. Django z dystansem podchodzi do klisz białego wyzwoliciela oraz nie popada w schemat magical Negro. Rodney Barnes z Huffington Post zaprzeczył, że to slavery-based torture porn, czysto rozrywkowe kino eksploatacji, lecz – jak z kolei podkreślała Aisha Harris ze slate.com – slave-revenge fantasy. Choć krytyczka uznaje ten „southern” za mniej radykalny niż chociażby Boss Nigger (1975, Jack Arnold), w którym bohater Freda Williamsona miał poczucie solidarności rasowej i nie zostawał w żadnych związkach zależności z białymi, to jednak zamysł Tarantino nie był „niepoważny”, pozbawiony szacunku czy szyderczy.
Mimo że trudno traktować Django jako głęboką wypowiedź na temat relacji rasowych w Ameryce, to jak pierwsza scena jest początkiem transformacji bohatera, tak ten film pokazuje przełom w twórczości Tarantino. Chłopiec bawiący się kasetami wziął chyba do siebie zarzuty Spike’a Lee – nie ma niewinnych mitów.
Rozdział V: „Don’t break character”
W Django doktor Schultz (Christoph Waltz) powtarza swojemu towarzyszowi, że sukces ich działań zależy od tego, czy Django (Jamie Foxx) pozostanie „w roli”. Jednak kiedy docierają do siedziby Monsieur Candy’ego (Leonardo DiCaprio), „kolekcjonera” niewolników, oglądają walkę mandingo, „gorącą skrzynię”, rozszarpanie uciekiniera przez psy czy szereg innych tortur fizycznych i psychicznych, Schultz nie potrafi dłużej grać. Tarantino w 2015 roku przyłączył się do akcji przeciwko brutalności policji, głośno komentował nierówności rasowe, a w Nienawistnej ósemce – słowami Joe Gage’a – się z tego wytłumaczył: „Wiesz, pozory mogą mylić…”. Ale nie pozostał w roli.
Najnowszy film to popis dekonstrukcji, który rozpoczyna się już na poziomie wybranego gatunku, westernu, jako najbardziej zmitologizowanego w amerykańskiej kulturze. Tarantino wywraca na nice postać samotnego jeźdźca, ostatniego sprawiedliwego, mediatora między kulturą a naturą, dobrem a złem, porządkiem a chaosem. Tarantino tworzy własne Osiem i pół (1963, Federico Fellini) – zastanawia się nad własną twórczością i znakuje przełom artystyczny. Reżyser wraca tutaj do swoich korzeni, powtarza znane dobrze rozwiązania, lecz zmienia ich znaczenia, grając również z poczuciem zadowolenia widza, któremu historia o ośmiu rzezimieszkach – gangu Jody’ego (Channing Tatum), konfederatach Smithersie (Bruce Dern) i Manniksie (Walton Goggings), Johnie Ruth (Kurt Russell), a w końcu żołnierzu Unii: Afroamerykaninie Majorze Marquisie Warrenie (Samuel L. Jackson) –zamkniętych w czasie zawiei w Pasmanterii Minnie, nie przynosi oczekiwanej frajdy.
W Nienawistnej ósemce dominuje chaos, zło i zezwierzęcenie – to reprezentanci amerykańskiego narodu zostają zamknięci w jednej chacie. Uwolnione zostaje to, co najgorsze, a zwykle ukrywane (śnieg metaforyzuje tutaj powierzchnię skrywającą id Amerykanów). Nawiązanie do zasady trzech jedności sugeruje inną zasadę greckiej tragedii – prawdziwa agresja rozgrywa się w opowieściach: o Baton Rouge czy masakrze Indian. Każda z postaci zasłania się sprawiedliwością, racjonalizuje swoje postępowanie, a przez to legitymizuje naznaczone nienawiścią więzi (a)społeczne. Do dynamiki relacji rasowych dochodzi refleksja historiozoficzna, czego przykładem jest list od Lincolna – naród budowany jest na micie, który w dodatku okazuje się kłamstwem. Historia Stanów Zjednoczonych, opowiadana według zasad amerykańskiego ekscepcjonalizmu, staje się szafą grającą z mitami o walce ze złem czy walce o sprawiedliwość. U Tarantino z tej „świętej wojny” pozostaje tylko przemoc, która – inaczej niż w new brutality films – okazuje się posiadać właściwości transgresyjne i polityczne znaczenie.
Rozdział ostatni: Czarny człowiek, białe piekło
Umieszczenie filmu w kontekście okołooscarowych protestów Afroamerykanów wydaje się zaskakujące po jego „emancypacyjnej” interpretacji. Jednak kiedy uderzy się w stół, odezwie się internet – wystrzeli niczym Jody Domergue z ukrycia. W filmie brat Daisy strzelił w krocze Warrena, symbolicznie karząc go za opowieść o gwałcie na synu generała Smithersa, zamieniając Pasmanterię Minnie w „ostatni dom po lewej stronie” (do filmu Wesa Cravena z 1972 odwołuje cytowanie pochodzącej z niego piosenki Davida Hessa). Historia Majora najprawdopodobniej została zmyślona, co ponownie ukazuje, że narracje/mity tworzy się instrumentalnie, ale z drugiej strony pozycja ich twórcy jest najistotniejsza: wizja brutalnej zemsty Afroamerykanina jest gettoizowana. Podobnie jak stało się z Django.
Dla internetowych komentatorów ukazanie zgwałcenia białego przez czarnego okazało się formą napaści, złamaniem umowy między reżyserem a (białym) widzem, który poczuł się zaatakowany. Mimo że podobna scena pojawiła się już w Pulp Fiction – lecz tam konfiguracja była odwrotna: ofiarą gwałtu pada bowiem Marsellus (Ving Rhames). „Antybiały rasizm” Tarantino najlepiej ukażą wypowiedzi (pochodzące z portalu IMDb):
„Nienawistna ósemka jest okropna. To kolejny długi i rozwścieczony film, ukazujący białych ludzi jako złych rasistów. Samuel L. Jackson gra postać »szlachetnego Murzyna«, który w finale rozgramia złych białych ludzi”. Oczywiście autor tej wypowiedzi nie traktuje przemocy wobec kobiet i rdzennych Amerykanów, jakiej dopuszcza się bohater, jako zbrodni, co pozwala mu określić Warrena jako szlachetnego. A Tarantino w tej logice obnażony zostaje jako przebiegły manipulator: „Film bazuje na fałszywych przesłankach i jest bezcelowy – chce, żebym ja czy ktokolwiek inny, niezależnie od koloru skóry, (…) współczuł Majorowi i dostrzegł dobro w jego uczynkach, mimo że jest morderczym skurwysynem bez kręgosłupa moralnego?”. Ten „pełen nienawiści do białych kawałek gówna” ma rzekomo zafałszowywać historię, ukazując białych w roli czarnych charakterów. Taka narracja wynika z obecnej polityki, w końcu można Nienawistną ósemkę określić jako „dobrze skrojone, ale całkowicie zdeprawowane, chore 3 godziny – Koloseum Nerona na ekranie Obamy” czy „współczesne poglądy feministek i czarnych na western białych ludzi”. „Autodegradacja”, „nienawiść do siebie” i „niepotrzebne, fałszywe rekolekcje” dopełniają krajobrazu internetowego hejtu.
Poważniejszy Tarantino mimo wszystko drwi – rzekomo z widza. Nawet zamiast charakterystycznych dialogów i punchline’ów ośmiela się umieszczać monolog o sprawiedliwości. Wrażliwość społeczna nie jest w cenie. Oscary dla Afroamerykanów to przywilej, „łaska pana” – głosy sprzeciwu wobec takiej polityki można zbyć śmiechem, chyba że „nasz” chłopak pluje na dobro drużyny. #TarantinoSoBlack?![]()
![]()
MARTA STAŃCZYK
Studentka Uniwersytetu Jagiellońskiego, filmoznawca wannabe. Trochę ogląda, trochę czyta i trochę słucha, ponieważ marzy o zostaniu kulturalnym krakusem.
MAGDALENA MARCINKOWSKA
Absolwentka ASP w Krakowie, studiowała również w Portugalii. Zajmuje się ilustracją, komiksem, malarstwem i filmem animowanym.