
NUMER 14 (5) PAŹDZIERNIK 2015 | "TO WŁAŚNIE MIŁOŚĆ"
MARTA PŁAZA | JUDYTA MIERCZAK![]()
Olbrzymie biusty, bezpruderyjne kobiety i seks unurzany we wdzięcznym klimacie wolnej miłości – z tym wszystkim kojarzyć się może nazwisko Russa Meyera. Twórca, który na swoich barkach wyniósł nurt sexploitation do rangi kultowego, paradoksalnie dał światu jeden z najbardziej feministycznych filmów swoich czasów. Szybciej, koteczku! Zabij! Zabij! (1965) to nie tylko raj dla męskiej części publiczności, ale i prawdziwa pochwała kobiecej siły.
Kino i erotyka nie mogą bez siebie żyć. Seksowne kobiety, przystojni mężczyźni i gorące romanse od początku były czynnikami, które gwarantowały filmowi reklamę – nawet wtedy, gdy zawodziła fabuła. Cielesność i nagość na ekranie sprzedawały się bardzo dobrze, a brak społecznego przyzwolenia potęgował zainteresowanie. Na przestrzeni lat zmieniał się sposób prezentowania przez kamerę filmową ludzkiej cielesności, dostosowując się do przemian obyczajowych. Przez to szokowała ona coraz mniej – pod koniec lat 50. zaczęto dystrybuować filmy dosłownie ukazujące erotykę i ciało. W końcu narodziło się kino sexploitation, w swoim podstawowym założeniu mające epatować nagością.
W 1930 roku MPPDA przyjęło tzw. Kodeks Haysa (znany również jako Kodeks Produkcyjny), który jasno określał, co można, a czego pod żadnym pozorem nie powinno się pokazywać na ekranie. Do tej drugiej kategorii należały m.in. sceny wulgarne czy obsceniczne, a nawet wyzywający taniec i kostium. O ile niektóre aspekty kinowego środka wyrazu słusznie były piętnowane przez cenzorów, o tyle cały Kodeks zahamował rozwój wielu gatunków w kinie amerykańskim, narzucając wiele niepotrzebnych czy absurdalnych wręcz ograniczeń.
Cenzorskie pęta z upływem lat zaczęły się rozluźniać. Wskutek zachodzących zmian obyczajowych kino coraz bardziej się liberalizowało i zaczęło śmielej spoglądać na człowieka. Niemniej jednak Kodeks Haysa w pełni zniesiono dopiero pod koniec lat 50., gdy coraz głośniej dawało o sobie znać kino undergroundowe, a wraz z nim jaśniejąca na horyzoncie rewolucja obyczajowa, która miała przewrócić kulturę do góry nogami. Podczas gdy mainstream skupiał się na kwestiach społecznych i rozliczeniach z mijającą epoką, underground penetrował najbardziej intymne zakątki ludzkiej cielesności, zgodnie z przedmiotem zainteresowań rewolucji seksualnej. Na tym tle do głosu doszedł nurt sexploatation. To właśnie w tamtym okresie kino osiągnęło punkt, w którym jakiekolwiek granice moralne straciły swoje znaczenie.
Sexploitation z czasem stało się najbardziej popularnym podgatunkiem kina exploitation, czyli niskobudżetowych filmów w celach komercyjnych ukazujących przemoc, nazistów, motocyklistów czy właśnie epatujące erotyką. Rozkoszowało się w pokazywaniu nagich dziewcząt, hołdujących swobodnemu stylowi życia, a przez to przeżywając różne erotyczne przygody. Prawdziwą legendą tego podgatunku był Russ Meyer. Zaczynał od niewinnych erotyków, nazywanych po prostu nudie-cutie (np. debiutancki Niemoralny pan Teas, 1959). Ewoluowały one w historie, które w równym stopniu eksplorowały tematykę seksu, jak również przemocy w estetyce kina gore. A choć wciąż to pokaźnych rozmiarów biusty odgrywały najistotniejszą rolę, Meyer wzbogacił swoje filmy o... fabułę.
Russ Meyer był prawdziwym człowiekiem swoich czasów. Rozpoczynając karierę filmowca na przełomie lat 50. i 60., kiedy konserwatywne, skostniałe struktury społeczne zaczynały coraz mocniej kruszeć, dołączył do grona głosów pokolenia rewolucji obyczajowej. Wykorzystując jej ideały, poniekąd sam wypłynął za sprawą nastroju maksymalnego rozluźnienia moralnego i seksualnego. Trudno wyobrazić sobie, aby kilka dekad wcześniej czy nawet później Meyer mógł w takim samym stopniu zawojować undergroundową (i nie tylko) kinematografię. Jego filmy częstokroć stanowiły pozbawioną wszelkich ograniczeń seksualną zabawę, gdzie główną zasadą obrazu było wypełnienie go jak największą ilością golizny. Na tym tle wyjątkowo wypada jednak Szybciej, koteczku! Zabij! Zabij! – najsłynniejsze bodaj dzieło reżysera.
Jak to bywa w przypadku większości dzieł powiązanych z kinem eksploatacji, tak i tutaj fabuła zdaje się być jedynie pretekstem do kumulacji wszelkiej maści szaleństw i niemoralnej rozrywki. Główne bohaterki to trzy tancerki go-go: Varla (w tej roli niezapomniana Tura Satana), Rosie (Haji) i Billie (Lori Williams), które uwielbiają ścigać się samochodami. Któregoś razu, przemierzając pustynne odludzie, trafiają na parę zakochanych. Varla wkrótce zabija chłopaka, natomiast pozostałą przy życiu dziewczynę (Susan Bernard) kobiety decydują się zabrać ze sobą jako ewentualną zakładniczkę. Gdy na pobliskiej stacji benzynowej dowiadują się o starcu, który mieszka na farmie nieopodal z dwójką synów, strzegąc podobno olbrzymiej ilości pieniędzy, postanawiają go odwiedzić.
W porównaniu z takimi filmami jak Lorna (1964), Superwiedźmy (1975) czy Up! (1976) Szybciej, koteczku!... zaskakiwał pruderyjnością. Panie, mimo że chętnie eksponują swoje wdzięki, do końca pozostawiają je – względnie – zakryte. W przeciwieństwie do wielu swoich poprzednich filmów Meyer tym razem postawił na akcentowanie siły kobiet, a nie ich ciał. Bezrefleksyjną goliznę zastąpił rysem społecznym. W filmie z 1965 Meyer pokazał, że tak naprawdę kocha nie tylko kobiece ciało, ale i kobiety jako takie. Dostrzega w ich fizyczności olbrzymią siłę i potencjał, który pragnie pokazywać na ekranie. Dla społeczeństwa przyzwyczajonego wciąż do konserwatywnej roli kobiety był to z pewnością duży szok.
W jednym z wywiadów reżyser stwierdził: „Osobiście preferuję agresywne kobiety. Superkobiety”. Widać to na przykładzie trzech głównych bohaterek Meyera, którymi są twarde, wygadane i bezczelne tancerki. Grubą kreską odcinają się od typu kobiecości reprezentowanego przez Lindę, uprowadzoną dziewczynę. Jest to postać, która ucieleśnia ducha konserwatyzmu i patriarchalne spojrzenie na kobiecość sprzed rewolucji obyczajowej. Skromna, naiwna oraz szaleńczo zakochana, ogranicza swój żywot do osoby partnera. Przerażają ją kobiety, które nie dość, że bez problemu podkreślają swoją kobiecość, to w dodatku są silne, potrafią być bezczelne i brutalne – czyli dokładnie takie kobiety, jakie doszły do głosu w latach 60.
Okazuje się, że konflikt między bohaterkami nie był udawany. Szesnastoletnia Susan Bernard trafiła na plan w towarzystwie matki, która chciała zrobić z niej gwiazdę. Sytuacja irytowała całą ekipę, a najbardziej samego Meyera, który żałował obsadzenia dziewczyny, lecz nie mogąc już nic zmienić, w trakcie realizacji filmu postanowił młodą aktorkę dręczyć za pośrednictwem Tury Satany. Charyzmatyczna aktorka bez problemu przystała na to, oczywiście dla dobra filmu, i namówiła do działania również Haji i Lori – aby Bernard wypadła bardziej przekonująco jako niewinna, wystraszona małolata. Po latach wcielająca się w postać Lindy aktorka miała przyznać, że naprawdę cały czas się bała, że któraś z nich, a zwłaszcza Tura, ją pobije.
Szybciej, koteczku!... stało się w pewnym sensie głosem nadchodzącej epoki. Epoki obyczajowej swobody i twardych kobiet, które przestały ustępować mężczyznom. Zrzucając z siebie okowy patriarchalnego porządku, stały się samoistnymi postaciami, które bardzo dobrze bawią się ze sobą, traktując mężczyzn w taki sposób, w jaki dotychczas były traktowane przez nich. Meyer kochał kobiety. Ich ciała, energię i to, co potrafiły wnieść do historii. Szybciej, koteczku!... stał się fantastycznym hołdem złożonym kobiecości nowej ery, kobiecości świadomej i wyrazistej. Chcąc stworzyć prosty film o trzech laskach spuszczających łomot facetom, niezamierzenie nakręcił historię, która współgrała z drugą falą feminizmu. Zapytany w jednym z wywiadów o to, czy jego zamierzeniem było opowiedzieć się po stronie feministycznej ideologii, reżyser odpowiedział krótko i w swoim stylu: „Nie, po prostu wcześniej robiłem film (Motor Psycho [1965]), w którym faceci kopali dupy kobietom i pomyślałem: »A może by tak zrobić teraz film, w którym to kobiety kopią dupy facetom?«”.

Meyer zdaje się w tym filmie wprost pogardzać facetami, naznaczając każdego z nich jakimś piętnem. Mężczyzna, którego zabija Varla, to typowy chłopaczek ze schludnego amerykańskiego przedmieścia, który niewiele wie o życiu, zamknięty w hermetycznym świecie ideałów. Z kolei starzec, który rzekomo ma przechowywać na swojej farmie wielkie skarby, został wykreowany przez Meyera na rasowego zboczeńca i psychopatę. Ewenementem są również jego dwaj synowie, z których jeden jest bardzo sprawny fizycznie, ale nie umysłowo, z kolei drugi inteligentny, ale bardzo słaby. Meyer nie lubi facetów.
Początkowo obraz spotkał się z bardzo kiepskim przyjęciem. Kiniarze krytykowali podteksty lesbijskie (jakie towarzyszą relacjom Varly ze stale zazdrosną o nią Rosie), publiczność narzekała na czarno-białą taśmę oraz na to, że w filmie nie ma nagości, do której Meyer wszak zdążył przyzwyczaić. Jednak od początku o wartości filmu przekonany był sam John Waters, który zaliczył wszystkie możliwe seanse w okolicy, namawiając do tego również przyjaciół. W tamtym okresie pracował jako krytyk filmowy, co wykorzystał, zamieszczając w lokalnej gazecie peany na cześć reżysera. W końcu panowie poznali się i zaprzyjaźnili. W 1981 roku w książce Shock Value Waters nazwał Meyera „Eisensteinem kina erotycznego”, a Szybciej, koteczku!... – „niewątpliwie najlepszym filmem w historii”.
Dzisiaj ten majstersztyk cieszy się statusem dzieła kultowego, uwielbianego zarówno przez miłośników kina eksploatacji, jak również środowiska feministyczne i homoseksualne. Kilka lat temu fanów filmu zelektryzowała wiadomość, iż Quentin Tarantino przymierza się do realizacji remake’u historii trzech ostrych tancerek. Wieść okazała się plotką, jednak Tarantino dał światu Death Proof (2007), znakomity hołd złożony m.in. estetyce arcydzieła Meyera. Po raz kolejny więc na ekranach kin zagościły szybkie samochody, twarde kobiety i podporządkowani im mężczyźni.
Kobiety Meyera są wyzwolone seksualnie i obyczajowo. Swoją cielesność traktują jako atut, dzięki któremu mogą osiągnąć to, co chcą. Nie są spętane moralnymi ograniczeniami, dlatego też chętnie eksponują swoje ciała, a seks traktują jako rozrywkę. Ciała kobiet z epoki kodeksu Haysa były grzeszne i służyły jedynie zaspokajaniu męskiej przyjemności, natomiast w przypadku filmów Meyera, kobiety wyzwoliły się spod męskiej dominacji, dowartościowując własne potrzeby seksualne i poszukując erotycznej ekscytacji. Stawiane są na piedestale jako jednostki bardziej atrakcyjne od mężczyzn, a przy tym autonomiczne – ich seksapil jest cechą naturalną, której się nie kwestionuje ani nie interpretuje z perspektywy męskiego pożądania. Nic dziwnego, że aktorki wprost kochały Meyera i kochały się przed nim rozbierać. Meyer odwdzięczał się tym samym uczuciem, bo jego kamera kochała każdy skrawek kobiecego ciała.![]()
![]()
MARTA PŁAZA
Absolwentka dziennikarstwa i filmoznawstwa. Pasjonatka horrorów, od klasycznych po te dziwniejsze. Miłośniczka gór i kociego futra. Po godzinach marzy o podróży po Nowej Zelandii śladem Drużyny Pierścienia i wyjeździe do Nowego Jorku na festiwal filmów Tromy.
JUDYTA MIERCZAK | JUDYTA BLACK LINE
Absolwentka Uniwersytetu Śląskiego, mieszka w Bielsku Białej. Komiksuje, rysuje, maluje, poszukuje.