
NUMER 17 (8) KWIECIEŃ 2016 | "MAKE SOME NOISE"
TOMASZ LASEK | MARIUSZ HOŁOD![]()
Po fali hejtu w sprawie uchodźców na portalu Tumblr powstał profil Freikorps Polen, którego twórcy podkładają pod stare zdjęcia z II wojny światowej prawdziwe wpisy z polskich forów. „Czekam aż się zacznie narodowa rewolucja, żeby rozpierdalać to bydło niezależnie od płci i wieku” – to tylko jeden przykład z całej sterty. Tzw. hejting stał się zmorą cybersieci. Szum internetu niesie się coraz mocniej w przestrzeni publicznej. Równie głośno co sami hejterzy krzyczą jednak także ich przeciwnicy, doprowadzając do istnej kakofonii nienawiści.
Pod koniec XX wieku zwolennicy raczkującego jeszcze wtedy internetu podkreślali, że może się on stać pierwszą prawdziwie demokratyczną platformą dyskusji publicznej. Lata rozwoju cyberprzestrzeni i doświadczeń jej użytkowników ukazały jednak drugą stronę sieci, eksponującą mroczne oblicze samego społeczeństwa. Nieograniczony dostęp do publicznego forum pozwolił dosłownie każdemu włączyć się do specjalistycznych dyskusji. Z jednej strony mamy więc do czynienia z utopijną wizją swobodnego i powszechnego dialogu przedstawicieli zróżnicowanych grup społecznych. Z drugiej natomiast takie natężenie informacji i wzrost liczby osób wymieniających się nimi nie sprzyjają jakości prowadzonych rozmów. Niech za przykład posłuży tutaj zgrywny cytat Mike’a Godwina: „Wraz z trwaniem dyskusji w internecie prawdopodobieństwo użycia porównania, w którym występuje nazizm bądź Hitler, dąży do 1”. Cytat amerykańskiego adwokata i pisarza odnosi się do ogólnej tendencji wyzywania się od hitlerowców, będącej szczególnym wyrazem braku argumentów. Prawo Godwina, przedstawiające retoryczny zabieg osobistego przytyku w stronę przeciwnika dyskusji, stało się wręcz częścią netykiety. Osoba oskarżająca swojego adwersarza o nazizm w oczach uczestników natychmiastowo przegrywała całą wymianę zdań. Dzisiaj jednak oskarżanie adwersarzy o faszyzm stało się normą debaty publicznej. I to nie tylko w uzasadnionym przypadku Freikorps Polen. Doskonałym przykładem jest tutaj ciągłe przypinanie tej korelacji środowiskom prawicowym przez ruchy liberalne.
W XXI wieku rozwój mediów społecznościowych znacząco pogorszył sprawę przestrzegania netykiety i pogłębił problem hejtingu. Wulgarne, prymitywne i wymierzone personalnie komentarze mogą dotknąć każdego. Wyraźnie zmniejszyła się granica między zwykłymi obywatelami a osobami publicznymi, budzącymi duże emocje. Wszelkiego typu fanpejdże, a nawet oficjalne, zarządzane przez same gwiazdy konta internetowe stały się doskonałym narzędziem PR-u i marketingu, ale także przerodziły się w wielkie fora dyskusji, przypominające czasami ścieki, rzeki przekraczających wszelkie granice obrzydlistwa pomyj. Ale nie bez powodu uznaje się, że „dopiero pierwszy hejter robi z ciebie osobowość internetową”.
„DOBRZE, ŻE ZDECHŁ”
W wylewaniu frustracji ludzie nie znają żadnych granic. Dobitnie przekonał się o tym znany dziennikarz TVN-u, Filip Chajzer, którego nieco ponad pół roku temu spotkała osobista tragedia – śmierć syna. Ostatnio ten koszmar postanowiła wykorzystać jedna z jego hejterek, wysyłając na Facebooku następującą wiadomość:
Panie Chajzer Smierc syna niczego Nie Nauczyla !Wyglada na to ze Nawet POmaga w robieniu kariery!! Ale sPOtka pana Nastepna tragedia i to nie jedna !Do puki Doputy nie zacznie Pan szanowac innych Pana Syn nie zazna sPOkoju !
Regularna pisownia wielkimi literami „PO” podkreśla stricte POlityczny charakter nagonki, mimo że Filip Chajzer pracuje przede wszystkim w branży rozrywkowej. Co prawda autorka opublikowanej przez dziennikarza wiadomości, prawdopodobnie pod wpływem zalewu krytycznych opinii, ostatecznie przeprosiła, ale ogromny niesmak pozostał.
Przypadek Chajzera bynajmniej nie jest pojedynczym incydentem. Tym ważniejsze wydają się więc próby uświadomienia społeczeństwu wagi problemu. Doskonałą pracę na tym polu wykonał amerykański prezenter komediowy Jimmy Kimmel, który w swoim Jimmy Kimmel Live! wyprodukował serię Celebrities Read Mean Tweets („Celebryci czytają wredne tweety”). W ramach programu co jakiś czas pokazywany jest zlepek ujęć zaproszonych gwiazd czytających brutalne wpisy na własny temat. Jedni starają się obrócić sytuację w żart, inni nawet nie potrafią zareagować na wulgarność komentarzy. Na całym świecie powstają różne wariacje Mean Tweets, aby pokazać, że problem hejtingu jest zjawiskiem powszechnym. Kimmel wybiera wpisy, z których dość łatwo zażartować, gdy tymczasem Canadian Safe School Network postawiła uczniów przed szalenie trudnym zadaniem. Młodzi ludzie czytają o sobie komentarze w stylu: „Twoją twarz pokocha tylko cukrzyca” i „Nikt cię nie lubi. Wyświadcz wszystkim przysługę – po prostu się zabij”.
Niemal rok temu z powodu prześladowań w szkole życie odebrał sobie 14-letni Dominik z Bieżunia. Sprawa zyskała ogromny rozgłos, ale – o zgrozo – przyniosła także dawkę potężnego hejtu w internecie. „Jednego pedała w rurkach mniej” – głosił jeden z komentarzy. Na Facebooku pojawiały się także profile „Dominik Szymański dobrze że zdechł” i „Dominik Szymański gwałcił małe sznuróweczki” (to właśnie sznurówek użył chłopak, aby się powiesić). Mniej więcej w tym samym czasie w szpitalu zmarła Martyna Ciechanowska, blogerka modowa o pseudonimie „Maddinka”. I w tym wypadku schemat internetowego hejtu uległ powtórzeniu. Na facebookowym profilu dziewczyny pojawiły się wpisy o treści: „widocznie zasłużyła na śmierć” czy „nawet mi jej nieszczególnie żal, blogerki modowe to puste dziewuszyska”. Bezrefleksyjne działania hejterów przekraczają wszelkie granice przyzwoitości. Co gorsza, trudno przypisać im jakąkolwiek inną intencję niż sadystyczną chęć wyrażenia zwyrodniałej nienawiści.
Oczywiście wiele kont, z których pochodzą nienawistne komentarze, jest fałszywa. Przerażające, że jednak duża grupa hejterów nie czuje nawet potrzeby zachowania anonimowości. Po śmierci Dominika pojawiły się strony zestawiające zdjęcia profilowe użytkowników z ich wulgarnymi wpisami. W ten sposób powstały groteskowe zestawienia, np. młodego, około 12-letniego chłopaka z tekstem: „Dupa jest od srania, zakaz pedałowania!”. Blog Galeria Hejterów Polskich działa zresztą bardzo prężnie. Konfrontacja obrzydliwego wpisu – np. „Jeśli nie potrafią rozmnażać się naturalnie, należy ich utylizować” – z jego autorem – kobieta trzymająca na zdjęciu dziecko – często prowadzi do szoku poznawczego. Internet służy tutaj za medium wyrażania prymitywnych i najobrzydliwszych myśli. Jakby użytkownicy w ogóle nie zdawali sobie sprawy, że sieć połączonych ze sobą portali społecznościowych doprowadza do upadku już i tak względnej anonimowości w sieci.
POpulizm PiSmaków
Przez lata mówiono, że „internet przyjmie wszystko”, ale prężny rozwój cyberprzestrzeni jako platformy znaczącej dyskusji publicznej wymaga od użytkowników przyspieszonego kursu zasad debat społecznych. Debat, które i tak zostały zbanalizowane przez starsze media. Jeszcze w latach 80. XX wieku Neil Postman ubolewał nad strywializowaniem debaty publicznej, sprowadzonej w mediach zaledwie do wyrazistości przedstawianych treści. W telewizji nie ma miejsca na szarości, sprzedaje się tylko śnieżnobiała biel Vizira i głęboka czerń nowego Perwolla Black Magic. Podawane informacje mają być zwięzłe, konkretne i przede wszystkim efektowne. Na szczegółową dyskusję w stylu przywoływanych przez Postmana długich debat prezydenckich w XIX-wiecznej Ameryce po prostu nie ma czasu. Zresztą i sam widz, przyzwyczajony do nieregularnego i żywiołowego języka teledysków czy reklam, nie wysiedziałby spokojnie kilku godzin, słuchając drobiazgowych rozważań o gospodarce, polityce zagranicznej itd.
Ewolucja medium doprowadziła do głębokich zmian w samym dziennikarstwie. Przez lata swoistym guru wywiadów politycznych była Monika Olejnik, która oparła swoją karierę na agresywnym modelu publicystyki amerykańskiej lat 90. Olejnik często przerywa swojemu rozmówcy, nachalnie dorzucając kolejną dawkę zjadliwych pytań. Rozwiązanie to tyleż efektowne, ile nieskuteczne ze względu na przemianę rozmowy w lakoniczną przepychankę słowną. Podobną drogę obrał Jarosław Kuźniar. Jego udział w mocnej kampanii „Hejt Stop” trącił jednak hipokryzją. W spocie specjaliści ucharakteryzowali dziennikarza w taki sposób, aby wyglądem odpowiadał chamskim opisom internautów, m.in.: „Eurocwel”, „Żeby cię Arab z kozą pomylił” czy „Pedałolub”. Tymczasem ten sam Kuźniar słynie ze swoich hejterskich wypowiedzi i odpowiedzi na Twitterze, w których zdarzało mu się notorycznie wyzywać innych od idiotów i w niewybrednych słowach komentować wygląd adwersarzy. W ten sposób powstaje absurdalny obraz walki z ogniem za pomocą kolejnego płomienia, co jedynie wzmaga antagonizmy.
Sprzeczności w przekazie medialnym możemy zresztą spotkać na każdym kroku. Anonimowość wrednych hejterów często jest wypominana i piętnowana przez komentujących ten temat. Niby czemu mielibyśmy się przejmować wyzwiskami bezimiennych krzykaczy? Może byłoby prościej, gdyby tabloidy nie nadużywały pojęcia „anonimowego źródła”? Lata temu informator był skarbnicą wiedzy na ważny (zazwyczaj społeczny) temat, więc aby nie sprawić mu większych problemów, pozostawiano jego tożsamość w tajemnicy. Tymczasem dzisiaj wystarczy przeanalizować, ile razy w kontekście plotek o celebrytach czytaliśmy o „anonimowym źródle z otoczenia gwiazdy”. Bezimienne donosy zostają podawane w formie informacji, zachowując pozory domniemania za pomocą pytajnika w tytule artykułu.
Do tego dochodzi brak jakiejkolwiek kultury słowa. Nasz język uległ nie tylko strywializowaniu, ale także zwulgaryzowaniu, również w przekazie medialnym. „Kurwy” i „chuje” usłyszymy za każdym rogiem. I słów tych możemy się spodziewać po każdym, od pana Wiesia spod monopolowego, przez głowę rodziny spędzającą w parku czas z dziećmi, po młodą dziewczynkę z iPhone’em w ręce. Wulgaryzacja przeradza się w brak odpowiedzialności – jeśli nie zwracamy uwagi na formę, to przestaniemy również zwracać uwagę na treść wypowiedzi. Rzucane bezpodstawnie oszczerstwa stały się normą publicznej debaty. Przykładowo gdy Tomasz Sekielski w filmowym zbiorze reportaży Władcy marionetek (2010, Grzegorz Madej, Tomasz Sekielski) skonfrontował byłego pacjenta, który mało co nie zmarł z powodu drastycznego spadku oddawanych organów, ze Zbigniewem „Już nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie” Ziobro, to aktualny minister sprawiedliwości (sic!) odżegnał się od przeprosin, odsyłając swojego rozmówcę do sądu.
Podczas realizacji programu Otwartym tekstem dziennikarka TV Republika Ewa Stankiewicz zirytowała profesora Bogusława Wolniewicza. Znany polski filozof nie wytrzymał słów publicystki przedstawiających katastrofę smoleńską w kategoriach spiskowych. Bezradność Wolniewicza wobec wykoślawionych argumentów dziennikarki podsumowują jego słowa: „Czy pani nie rozumie, co pani powiedziała?”. Profesor skupił się na krytyce nieodpowiedzialnych słów Stankiewicz, podpartych kłamliwą retoryką uznawania hipotez za fakty, przez co takie wypowiedzi podsycają nienawiść w społeczeństwie. Przemoc słowna w „elitach” przeradza się w powszechną przemoc słowną. W ostatnich latach coraz bardziej podkreśla się, że agresja jest też domeną języka. Właśnie dlatego Szwedzi wprowadzili zmiany prawne, w których jako gwałt lub molestowanie kwalifikowane jest także napastowanie słowne.

SPOKOJNIE, TO TYLKO HEJTER!
„Zabiję cię, chuju!” stało się klasyką podblokowych zatargów. Ostateczna, karalna przecież groźba została strywializowana do roli przepychanki słownej. Przykład idzie jednak z góry. Przestrzeń medialna wytworzyła kulturę, w której nienawiść doskonale się sprzedaje i jest usprawiedliwieniem wszystkiego. Po prostu skrajne emocje prezentują się doskonale na ekranach widzów. I, oczywiście nie bagatelizując wagi problemu cyberprzemocy, jest to jeden z największych grzechów nowych mediów. Hejter stał się wytłumaczeniem krytyki. Dzisiejszy hejting jest nie tylko problemem, ale i wygodnym wytrychem, którego może użyć każdy – wspomniany wcześniej Jarosław Kuźniar czy posłanka PiS Krystyna Pawłowicz – po to, by usprawiedliwić własne pomyłki i niedostatki, np. wiedzy. Facebook Pawłowicz zasypywany jest różnego rodzaju polemicznymi komentarzami, z których wiele porusza istotne kwestie. Co z tego, skoro posłanka co chwilę odsyła krytyków na strony PO, a potem szydzi z nich w odpowiedziach do klakierów: „Najważniejsze to nie dać się tym hejterom!”.
Już Winston Churchill twierdził, że „Krytykować może każdy głupiec. I wielu z nich tak robi”. Ale powiedział także, że „Krytyka nie jest przyjemna, choć jest konieczna. Pełni tę samą funkcję co ból w ludzkim ciele. Kieruje uwagę na niezdrowy stan rzeczy”. Jak jednak ma ona funkcjonować w społeczeństwie, w którym albo spłycona zostaje do podłych komentarzy, albo odbiera się jej moc argumentów? Nawet rzeczowe wypowiedzi i pytania krytyków wrzucane są do pojemnego wora hejtingu, przez co sprowadza się je do bezmyślnego i wulgarnego wyzywania adwersarzy. W swoim cotygodniowym felietonie dla portalu Weszło! pisał już o tym dziennikarz sportowy Jakub Olkiewicz:
Rozumiem, reakcja obronna, usprawiedliwienie własnych błędów przez dorobienie gęby krytykowi. Ale przecież to jest tak cholernie krzywdzące! Gość czyta twój tekst, ogląda twój mecz, słucha twojej płyty – cokolwiek. Potem poświęca czas na wypisanie swoich uwag, często bardzo merytorycznych, zaznacza, co mu się nie podobało, wymienia wady. Pisze w języku polskim, jest w miarę uprzejmy. Niestety, chwilę później zostaje wrzucony do worka, w którym gnieżdżą się trolle wykrzykujące „ty kurwa głupi huju, nie słuchałem, bo wyglądarz pedalsko”. Różnica między prawdziwym hejtem a krytyką jest mniej więcej taka jak między pijackim śpiewem do melodii disco-polo w końcówce wiejskiego wesela a kompozycjami Johna Williamsa. A i tu trzeba pamiętać, że między obiema skrajnościami znajduje się cała masa muzyki.
Jak można uleczyć niezdrowy stan społeczeństwa, skoro krytyka, podstawowy element diagnozy, została w tak skrajny sposób strywializowana, nie tylko ze względu na charakter współczesnych mediów, ale także przez bezzasadne piętnowanie komentatorów?
Póki co pozostajemy więc w społeczeństwie budującym wewnątrz siebie coraz większe bariery. W niedawnym wywiadzie dla El Pais znany profesor nauk humanistycznych Zygmunt Bauman tłumaczył, że dzisiejsze portale internetowe wpuszczają nas w niebezpieczną pułapkę, umieszczając każdego w beztroskich strefach komfortu, w których słychać tylko echo własnych opinii. W ten sposób wcale nie musimy konfrontować się z innymi użytkownikami, przez co też zanika w społeczeństwie kultura prowadzenia rzeczowych dyskusji. Nic dziwnego więc, że we wspólnocie nastawionej na narcyzm jednostek, podziały ulegają coraz większemu nasileniu.
Przemoc słowna nie jest niczym nowym, ale dzisiaj dzięki upowszechnieniu nowych technologii problem ten znacząco narósł. Znaczącym orężem w walce z tą epidemią byłaby rzeczowa krytyka i otwarcie na zróżnicowane argumenty w debacie publicznej. Czy jednak jest jeszcze ktokolwiek chcący wysłuchać spokojnej rozmowy zamiast wykrzykiwanych sloganów?![]()
![]()
TOMASZ LASEK
Doktorant Wydziału Zarządzania i Komunikacji Społecznej UJ. W swoich tekstach skupia się przede wszystkim na kinie współczesnym i popkulturze.
MARIUSZ HOŁOD
Student Wydziału Architektury na Politechnice Wrocławskiej. W wolnych chwilach zajmuje się tworzeniem komiksów i ilustracji.