
NUMER 12 (3) MAJ 2015 | "SPOŁEM"
Portale społecznościowe służyć mogą lajkowaniu, wrzucaniu zdjęć, umieszczaniu postów, komentowaniu na forach wszelkiej maści i generowaniu memów. Ale także mogą być wykorzystywane do lajkowania, wrzucania zdjęć, umieszczania postów, komentowania i generowania memów – w słusznej sprawie. Zaangażowanie 2.0 stało się nowym trendem, napędzając produkcję lajków i hasztagów, nagłaśniających duże kampanie społeczne, ale niekoniecznie przekładających się na działanie. Slacktywiści, łączcie się!
Choć internet jest medium demokratycznym, nie jest tożsamy z mechanizmami demokracji oddolnej. Dzieje się tak, ponieważ nawet wykorzystanie popularnych mediów społecznościowych, zwłaszcza Twittera, Facebooka czy Tumblra, do e-aktywizmu nie musi wiązać się z rzeczywistym wpływem na organy decyzyjne czy działaniem poza trybem online i pojedynczym kliknięciem. Stąd ukuto termin slacktywizm (od angielskiego słowa slacker i activism), określający bierny udział w (czasami mocno teoretycznie) wspieranych przez siebie kampaniach, programach, wydarzeniach, protestach itd.
Zwolennicy określonego ruchu mogą szybciej niż „w realu” komunikować się, rozprzestrzeniać lokalne wiadomości globalnie, zbierać fundusze, lobbować, podpisywać petycje, organizować wydarzenia oraz inicjować zbiorowe działania czy tworzyć bazy wiedzy. Wykorzystują dialogiczną strukturę sieci, choć nagminnie poprzestają na lajkach, odsłonach, szerach, retłitach i reblogach, niczym na przedłużeniu oldskulowych już łańcuszków. Zaznaczone w ten sposób stanowisko nie przekłada się na poziom zaangażowania, obnażając gliniane nogi zbudowanej społeczności.
Lolkot na transparencie
Zdecentrowana architektura internetu utrudnia kontrolę, wspierając przez to ruchy oddolne. Całkowita wolność jest jednak iluzją, czego przykładem mogą być kontrowersje, jakie budzi WikiLeaks, witryna „otwierająca rządy”, czyli ujawniająca istotne dokumenty państwowe przez tzw. whistleblowersów. Sceptycyzm wobec internetowych swobód wzmaga się po każdej akcji zamknięcia strony www czy śledzenia aktywności w sieci. Najbardziej jaskrawych przykładów dostarczają państwa cenzurujące internet, przykładowo w Rosji zamknięto na Facebooku i VK (WKontakcie) Children-404, profil gromadzący nastoletnich członków społeczności LGBT. Walka państwa z „homoseksualną propagandą” wspierana jest przez wielu obywateli, co ujawniają ataki na autorkę witryny, Lenę Klimową – będące kolejną odsłoną wolności słowa w trybie online. Mroczna strona internetowych hejtów, w których zawierały się groźby śmierci, została przez działaczkę społeczną obnażona na VK, gdzie stworzyła album ze zdjęciami agresorów wraz z otrzymanymi od nich wiadomościami.
Ten przykład potwierdza teorię Ethana Zuckermana, internetowego aktywisty, który współtworzył m.in. GlobalVoices. Podstrona tego portalu, RuNet Echo, która opublikowała informacje o Klimowej, powstała na fali wydarzeń na Ukrainie i zajmuje się filtrowaniem doniesień zza wschodniej granicy Polski, nie tylko wiadomości z mediów oficjalnych, ale przede wszystkim opinii publikowanych w social media. Podobna sytuacja miała miejsce w czasie niedawnych trzęsień ziemi w Nepalu. Według Zuckermana bowiem stereotypowe lolkoty mogą wspierać internetowy aktywizm (the cute cat theory of digital activism). Publikowanie przez e-aktywistów na popularnych stronach wzmacnia internetowe akcje społeczne oraz uodparnia je przed chociażby państwowymi represjami. Ich własne portale byłyby łatwiejsze do „uciszenia”, podczas gdy zamknięcie czy blokada Facebooka wywołałyby natychmiastową reakcję – nagłaśniając równocześnie zwalczaną kampanię. Także lolkoty i porno, współczesna odsłona hasła „chleba i igrzysk”, działają na korzyść „wojowników o sprawę”.
#JestemAktywistą
Petycje, strajki, manifestacje i marsze często zastąpione są innymi formami wspólnotowych protestów. Transparenty zastępują popularne hasztagi, używane zwłaszcza pod wpisami i linkami na Twitterze. Tzw. efekt echa w internecie zachodzi na nieporównanie większą skalę niż za sprawą bardziej tradycyjnych mediów, przyczynia się do zwiększania świadomości społecznej, rozpowszechniania informacji, zwracania uwagi publicznej, organizowania i koordynowań działań jakiegoś ruchu czy kampanii. Mimo to tzw. hashtag activism wykorzystywany bywa, po pierwsze, bardziej do celów autokreacyjnych niż prospołecznych; po drugie, nie przenosi się na faktyczne działanie; po trzecie, zamiast ułatwiać, utrudnia debatę społeczną, lokując internetowych aktywistów wewnątrz zamkniętych społeczności. Można odnieść wrażenie, iż społecznikowski etos doczekał się renesansu, choć w formie uszczuplonej – jak długość wiadomości na Twitterze.
Kontrowersje budzi przykładowo e-protest spod hasztagu #BringBackOurGirls, którego celem było z jednej strony zwrócenie uwagi na tragedię nigeryjskich uczennic porwanych przez Boko Harama rok temu, z drugiej – zmuszenie zachodnich państw do interwencji. Pracujący w Fox News George Will otwarcie skrytykował naiwność i próżność uczestników akcji: „Czy ci barbarzyńcy w nigeryjskiej dziczy powinni sprawdzić swoje konta na Twitterze i powiedzieć: »O-o, Michelle Obama gniewa się na nas, lepiej zacznijmy postępować inaczej«?”. Został za tę wypowiedź oczywiście skrytykowany, podano przykłady większego zaangażowania się w sprawę dziewcząt z Chibok nigeryjskiego rządu, a także aktywniejszego wsparcia międzynarodowego. Pomijając kwestię oceny i rzeczywistego wpływu tej Twitterowej akcji, Will w swej lekceważącej wypowiedzi poruszył istotny wątek. Media społecznościowe nie są być może wystarczająco „stabilnym” miejscem, żeby zbudować w nich kampanię prezydencką, ale antyestablishmentowe ruchy oddolne wykorzystywane są nagminnie w celach PR-owych. Trudno nie zastanowić się nad być może szczerym gestem amerykańskiej pierwszej damy, który jednak nie powstaje w próżni, wpływa również na jej wizerunek, a internet zamienia w przestrzeń populistycznej polityki. Dzisiaj „ćwierkają” również gwiazdy muzyki czy filmu, próbując swoim nazwiskiem popularyzować jakiś słuszny cel, ale hasztagowym aktywizmem budując w tani sposób również swój wizerunek. Wystarczy przypomnieć sobie wiralową kampanię ALS Ice Bucket Challenge, która w schyłkowym etapie nie miała wiele wspólnego z jej punktem wyjścia.
Tzw. hashtag activism wykorzystywany bywa bardziej do celów autokreacyjnych niż prospołecznych.
#NotYourAsianSidekick, #1reasonwhy czy #YesAllWomen to przykłady hasztagów, dzięki którym feminizm zagościł na stałe w debacie społecznej i to w niezwykle egalitarnej formule, choć sama teza o upowszechnieniu feministycznego myślenia byłaby już nadużyciem. Ostatni z wymienionych hasztagów powstał po zabójstwach w Isla Vista, które miały seksistowskie podłoże, i oznacza przykłady mizoginii, której co dzień doświadczają kobiety. Częściowo powstał w odpowiedzi na hasztag #NotAllMen, oznaczający protesty wobec generalizacji męskiego szowinizmu. „Obrona bronionych”, jak określa to stanowisko Matt Lubchansky w ironicznym komiksie, nie rozjątrza debaty między „lubiącymi” obie grupy, które rzadko wchodzą ze sobą w dialog, a raczej okopują się na określonych stanowiskach. Podobnie wygląda to w konflikcie grup „Who Needs Feminism?” i „Women Against Feminism”, które przybierają formę robienia sobie selfie z plakatami. Wypisane na nich slogany typu „Nie potrzebuję feminizmu, ponieważ chcę założyć rodzinę” oraz tworzenie memów z tzw. Feminist Nazi mają szerszy obieg niż uzasadnianie feminizmu – chyba że jego twarzą zostaje Ryan Gosling.
Zachodni trend wywiera jednak o wiele większy wpływ w odmiennym kontekście społeczno-kulturowym czy politycznym. Dla przykładu w Indiach, gdzie sformułowanie „kultura gwałtu” przybrała niepokojąco dosłowny wymiar, w ubiegłym roku popularna była kampania #IAmMardaani. Powstała jako forma promocji filmu Nieustraszona (2014, Pradeep Sarkar), opowiadającego o prywatnej wojnie policjantki z handlarzami żywym towarem. Akcja przyczyniła się do wzrostu pewności siebie indyjskich kobiet, które nie tylko były zachęcane do nauki samoobrony i walki o swoje prawa, ale stworzyły społeczność promującą alternatywne style życia w skrajnie patriarchalnym społeczeństwie. O potrzebie #IAmMardaani i istotności mediów społecznościowych w powolnej przemianie sposobu myślenia świadczyć może także chociażby kampania MARD (Men Against Rape and Discrimination) czy wiralowe rozpowszechnienie filmu India’s Daughter (2014, Leslie Udwin), zakazanego w Indiach przez krytyczne ukazanie kultury prowadzącej do tak skrajnych sytuacji jak zbiorowy gwałt dokonany w 2012 na Jyoti Singh w autobusie, które to zdarzenie jest punktem wyjścia dokumentu BBC. Na wiralowym rozprzestrzenianiu filmu zresztą się nie skończyło – w marcu tego roku wszczęto w Indiach postępowanie przeciwko Ketanowi Dixit, który mimo zakazu, dwukrotnie zorganizował projekcję Córki Indii, za drugim razem w slumsie zamieszkiwanym wcześniej przez oprawców.
Mode: offline
Fakt, że poza zachodnim kontekstem, zwłaszcza w totalitarnych, silnie represyjnych ustrojach, takie strategie aktywistów są nie tylko potrzebne, ale wręcz niezwykle pomocne, potwierdzają tzw. Twitterowe rewolucje, czyli Arabska Wiosna czy Euromajdan. Grupa na Facebooku „We are all Khaled Said” upowszechniła informację o brutalnym mordzie dokonanym na Egipcjaninie przez policję, co doprowadziło w rezultacie nie tylko do postawienia przed sądem oprawców, ale również było jednym z katalizatorów rewolucji. I choć np. lajki i selfie zastąpiły interwencję państw zachodnich chociażby na Ukrainie, dla uczestników protestów social media często pełniły rolę środka komunikacji między zdezorganizowanymi grupami protestujących na terenie całego kraju. Nie tylko były płaszczyzną wolności słowa i przyciągały zainteresowanie globalnych mediów mainstreamowych (opisując Jedwabną Rewolucję, Zuckerman stwierdził, że bardziej niż losem Tunezji media na świecie interesowały się wcześniej Bożym Narodzeniem), ale również pomagały w koordynowaniu działań i mobilizowaniu protestujących grup.
W totalitarnych, silnie represyjnych ustrojach strategie aktywistów są nie tylko potrzebne, ale wręcz niezwykle pomocne. Potwierdzają to tzw. Twitterowe rewolucje, czyli Arabska Wiosna czy Euromajdan.
Pokazuje to, że internetowy aktywizm ma sens wtedy, kiedy w pewnym momencie robi się krok poza świat wirtualny i wraca się do kontaktu z ludźmi, na którym tradycyjnie bazowały ruchy społeczne. Taką działalnością są hackathony, spotkania w różnych miastach, często w kilku równocześnie, w czasie których w wyznaczonym czasie grupa programistów pracuje nad różnymi software’ami usprawniającymi życie w danej metropolii. Największe w ostatnim czasie hackathony były organizowane pod hasłami Developing Latin America czy Smart Cities Hackathon. Ten ostatni, zainicjowany przez Global Urban Datafest, zaowocował takimi udoskonaleniami, jak np. aplikacja BreatheBetter w Madrycie, wyznaczająca trasę czystszego powietrza dla określonej aktywności użytkownika, oraz ConverCity w Bostonie, system, dzięki któremu rośnie responsywność miasta. Poprawa jakości życia nie jest może tak efektowna i nagłaśniana jak Twitterowe rewolucje, ale przy odrobinie zaangażowania czasu i energii może wpłynąć na otoczenie i nasz poziom życia. Korzystając z narzędzi o globalnym zasięgu, trzeba na nowo nauczyć się myśleć lokalnie.
***
Z aktywistami w internecie jest trochę jak z katolikami w Polsce – ani chrzest, ani hasztag nie determinuje ich działań mimo najpobożniejszych chęci. „Namaszczeni” użytkownicy social media powinni zrezygnować z podręczników wojownika światła i spojrzeć poza ekran komputera, tableta czy smartfona, zanim zaczną naprawiać świat.![]()
![]()
MARTA STAŃCZYK
Studentka Uniwersytetu Jagiellońskiego, filmoznawca wannabe. Trochę ogląda, trochę czyta i trochę słucha, ponieważ marzy o zostaniu kulturalnym krakusem.
MICHAŁ ADAMIEC
Grafik projektant, z zamiłowania typograf i ilustrator.