
NUMER 11 (2) MARZEC 2015 | "DOM STRACHÓW"
Co drugie okno jest wybite, w co czwarte wsadzili kawałek dykty, żeby zahamować przeciągi, chociaż chorych tu już nie ma. Ogrodzenie okalające budynek jest w większości zniszczone, ale na wszelki wypadek główną bramę zamknięto na kłódkę. Wielki neogotycki budynek widać z każdego punktu Mokrzeszowa. W cieniu starego szpitala żyje dzisiaj nieco ponad tysiąc mieszkańców. Dawniej wśród drzew przechadzali się być może pacjenci, potem podobno młode niemieckie matki. Według legend – także opozycjoniści hitlerowscy.
Puste izolatki
Przechadzali się wśród kasztanów posadzonych równo wzdłuż alejek. Ta główna zaczynała się przy drzwiach kaplicy, a następnie rozchodziła się na boki. Może nawet taki spacer w kapciach pod kasztanowcami dobrze robił dla zdrowia. Łyk świeżego powietrza. Można jeszcze zajrzeć do kaplicy – ot, dla rozrywki. Dzisiaj kaplica jest najbardziej zniszczoną częścią całego kompleksu, nie ma już dachu, ale przynajmniej zachował się otwór w kształcie krzyża w górnej części ściany. Widać go z dołu, kiedy stoimy wśród wysokich traw zarastających wnętrze. Tuż obok kaplicy na zawiasach wiszą zielone drzwi prowadzące do szpitala. Dzięki temu, że wiszą, nie skrzypią, kiedy się je odchyla. W dodatku są dosyć ciężkie. Żeby wejść na schody prowadzące w dół do kotłowni, trzeba najpierw zrobić krok nad leżącą rurą. Zupełnie jakby sygnalizowała, że „wstęp wzbroniony”, co, podejrzewam, nie odstrasza odwiedzających. Im niżej po schodach, tym ciszej. Im ciszej, tym ciemniej. W końcu całkowicie czarno. Gasimy latarki, żeby lepiej słyszeć bicie własnego serca. Z tego powodu mimowolnie chodzimy na palcach, po cichu, czujnie. Jak gdyby w kotłach miał zaraz buchnąć ogień.
***
U góry trochę jaśniej. Widać wyraźnie, co mamy pod nogami – lekko zabrudzone posadzki, jakby nie sprzątano najwyżej od tygodnia; jasnoniebieskie kafelki, a na nich wzór w białe kwiaty; suche liście, które wpadły przez okno. Na żółtych ścianach niebieskie i brązowe kwiaty, tworzone z połączenia rogów czterech kafelków. Najładniejsze znajdują się tuż koło trzech wysokich, wąskich okien. Na ścianie nie ma krzyża, ale pomieszczenie kształtem przypomina kaplicę. Można wejść na wewnętrzny balkon. Niewykluczone, że kiedyś stały tu organy.
Budynek szpitalny jest ogromny i strzelisty, ma dwa skrzydła. Przechodzimy przez puste korytarze. Pod oknem oparty stoi kaloryfer, zupełnie jakby czekał na przeprowadzkę, może ktoś go już przygotował do wyniesienia i zamontowania w nowoczesnym świecie. Na ziemi leży futryna po oknie, poza tym nie ma o co się potknąć. W salach dawnego szpitala Zakonu Kawalerów Maltańskich można znaleźć jeszcze klasyczne białe szafki szpitalne (jak z gabinetu higienistki w podstawówce), część szuflad wysunięta na zewnątrz. I parę szaf. Pośrodku budynku – monumentalna klatka schodowa. Moim marzeniem jest koncert DJ-ski dokładnie w takim miejscu. Z wyświetlonymi wizualizacjami przedstawiającymi, jak wyglądało to miejsce w czasach świetności. Z hologramami młodych kobiet w ciąży, przechadzających się wzdłuż alejek kasztanowców. Na ostatnim piętrze – wielkie poddasze z widokiem na drogę. Tuż za szybą stoi wykrzywiony metalowy kogucik. Pewnie wskazywał kiedyś kierunek wiatru, a teraz spadł albo po prostu niefortunnie się przekrzywił. Taka wisienka na torcie – kiedy nic już nie ma w środku do oglądania, wystarczy zerknąć za okno.
Panowie z wąsem – rys historyczny
Dwudziestu wąsatych panów pozuje do zdjęcia. Nie wyglądają na bardzo chorych. Zdjęcie jest podpisane: 1915, Lazaret. Nie wiadomo jednak, czy panowie są sanitariuszami, czy lekko rannymi żołnierzami zebranymi do grupowego zdjęcia. Fotograf rozstawił ich symetrycznie w trzech rzędach. Jednak trzech panów w mundurach wyróżnia się na tle pozostałych, ubranych w białe kitle. To jedno z niewielu archiwalnych zdjęć dostępnych w internecie. Panowie pozują na tle ceglanego muru, fragmentu szpitala Kawalerów Maltańskich prowincji śląskiej, wybudowanego w 1880 roku. Krzyże maltańskie wciąż patrzą na nielicznych odwiedzających. Do 1926 roku leczono tu ludzi, budynek pełnił wtedy rolę sanatoryjno-wypoczynkową. W końcu jednak szpital dotyka kryzys finansowy, wskutek czego obiekt zostaje sprzedany pewnemu żydowskiemu kupcowi. Ten wywozi najcenniejsze przedmioty, a budynek ponownie sprzedaje. Od 1938 roku aż do końca wojny budynek służy Niemcom, potem został przerobiony na radzieckie koszary. Od lat 50. w dawnym szpitalu mieszczą się szkoły, a w 1974 roku budynek zostaje przejęty przez Wojewódzki Ośrodek Postępu Rolniczego. Dzisiaj stoi pusty, zachwycając odwiedzających okolicę.
Idealne dzieci Hitlera
O zabytkowym szpitalu przy drodze na trasie Świdnica–Wałbrzych zrobiło się głośniej w sierpniu 2012 roku – lokalne gazety pisały wówczas o znalezionych na pobliskim cmentarzu szkieletach czterech kobiet. Badania wykazały, że trzy z nich zmarły po porodzie. Od razu powrócono do postawionej kiedyś tezy, że w dawnym szpitalu podczas II wojny światowej mieścił się Dom Matek. Lebensborn. Ośrodek stowarzyszenia Źródło Życia. Randka w ciemno o znaczeniu seksualnym dla pięknych Niemek i okazałych Niemców. Ośrodki Lebensborn istniały w całej III Rzeszy. W tego typu placówkach młode Niemki miały rodzić czystej krwi dzieci aryjskie, obdarzywszy je błękitnymi oczami, jasną cerą i blond włosami. Następnie półroczne dzieci wywożono w głąb Rzeszy i oddawano do adopcji. Ośrodki te zajmowały się także germanizacją dzieci z terenów okupowanych. Stamtąd maluchy były wysyłane do nazistowskich rodziców. Domy Matek powstawały, by wskaźniki demograficzne rosły ku chwale planu rozprzestrzeniania rasy aryjskiej. Dla wielu działalność tej organizacji była dobrą okazją do usprawiedliwiania stosunków z kobietami swoich kolegów z frontu (oczywiście po wcześniejszych badaniach, stwierdzających faktyczną czystość rasy zarówno „samca”, jak i „samicy”). Całe kierownictwo stowarzyszenia zasiadło na ławie oskarżonych podczas procesów norymberskich. Oficjalnie na terenie dzisiejszej Polski podczas okupacji niemieckiej istniało pięć takich ośrodków, wśród których nie jest wymieniany szpital w Mokrzeszowie. Jednak nie jest wymieniany jedynie w polskojęzycznych opracowaniach na ten temat – te niemieckie mówią o tym podobno otwarcie. Mieszkańcy miejscowości, którzy byli podczas wojny dziećmi, wspominają że wtedy w budynku mieszkali po prostu mieszkańcy folwarku.
Na jednej linii w opozycji
20 kilometrów wcześniej minęliśmy pałac w Krzyżowej, otoczony przez pola, pojedyncze drzewa, smutne zabudowania. 7 kilometrów dalej i dotarlibyśmy do słynnego zamku w Książu. Pomiędzy tymi dwoma obiektami Mokrzeszów i jego powybijane przez wiatr okna. Te trzy miejsca są sobie bardzo bliskie nie tylko ze względu na położenie na Dolnym Śląsku, ale także ze względów historycznych.
Kreisauer Kreis, czyli Krąg z Krzyżowej, który miał zrzeszać ludzi niezgadzających się z hitlerowską ideą nowego świata. Właściciel pałacu w Krzyżowej, hr. Helmuth James von Moltke, nauczony przez matkę pochodzącą z RPA tolerancji i szacunku międzykulturowego, prowadził u siebie otwarte dyskusje na temat alternatywnego programu politycznego i ideologicznego dla Niemiec. Po raz pierwszy użyto określenia „Krąg z Krzyżowej” podczas przesłuchań po nieudanym zamachu na Hitlera w lipcu 1944, mimo że działalność Kręgu w dolnośląskim dworku miała opierać się na spotkaniach i dyskusjach, bez żadnych planów dywersji. Według opowiadań Mokrzeszów, Krzyżowa i Książ były ze sobą ściśle związane w działaniach opozycyjnych, chociaż nie wiadomo dokładnie, jaką rolę pełnił tutaj stary szpital. Zwłaszcza że podejrzewa się istnienie w nim Domu Matek. W ten sposób dwie historie splatają się ze sobą, a każda jest na tyle realna jak brak dowodów na jej istnienie.
Spustoszenie w XXI wieku
O Mokrzeszowie krążą legendy i historie. Ta najnowsza jest chyba jednak najsmutniejsza – brak zainteresowania budynkiem ze strony właścicieli (dwóch Niemców, którzy kupili obiekt w 1994 roku) sprawia, że monumentalny szpital niszczeje, dziczeje, zarasta. Straszy. Podobnych obiektów w całej Polsce są przynajmniej setki. Współczesne fabryki, kina, historyczne wieże ciśnień, dworki, zamki, grobowce, mauzolea. Straszą wybitymi oknami, przyciągają tajemniczością i swoją historią. Nie ma lepszej nauki niż poprzez doświadczenie ducha przeszłości, lecz niestety wiele z nich niszczeje bezpowrotnie. Na miejscu ich wyposażenia zostają puste butelki po piwie, zniszczone resztki mebli, graffiti, śmieci, czasem odchody. Po posadzkach walają się rozbite okna, porzucone buty, oderwane kable. Przy niemalże każdym z tych miejsc powstaje fundacja, liga ochrony, front naprawy czy inna organizacja, która bardziej niż właściciel stara się o odnowienie budynku. Najróżniejsze organizacje szukają inwestorów, którzy zechcieliby dołożyć własną cegiełkę do zniszczonych budynków i wyremontować polskie dziedzictwo. Czasem w takie obiekty inwestują wielkie firmy czy uczelnie. Spadkobierców na to nie stać. Czasem znajdują się kupcy z wizją hotelu w historycznych wnętrzach, na remont jednak brakuje już środków.
Poza tym jednak internet roi się od ludzi, którzy na własną rękę eksplorują, fotografują i szukają historii opuszczonych miejsc, chcąc je uchronić od zapomnienia. Oni nie zainwestują milionów w renowację, ale przynajmniej przekażą dalej zdobytą wiedzę. Niestety z każdą chwilą pozostaje już coraz mniej do ocalenia.
Dlatego zamykamy za sobą delikatnie zielone drzwi, niczym wrota do krainy czarów, a pierwsze, co zrobimy po powrocie do domu, to zagłębimy się w parę książek czy portali historycznych. Bo stare budynki nie istnieją bez fundamentów, a ludzie pozostawiają po sobie więcej niż tylko ducha przeszłości.![]()
![]()
KATARZYNA RODACKA
Fanka wspólnych śniadań, od 9h do 17h w pracy dwa ronda dalej, od 18h: czyta, uczy, gotuje. Po 22h planuje wypady po Polsce. Od północy nocny marek. W weekendy szuka lokalnych historii. W oparciu o polskie krajoznawstwo robi festiwal TRAWERS.
KATARZYNA KRUTAK
Działa na różnych płaszczyznach sztuki: jako tatuatorka, ilustratorka i malarka./span>