DO GÓRY

 

fuss_yulinek_hołod_cover.jpg

NUMER 13 (4) SIERPIEŃ 2015 | "FOLWARK ZWIERZĘCY"

 

YULINEK

ŁUKASZ MUNIOWSKI | MARIUSZ HOŁOD

Smutne oczy wyglą­dają zza krat. Poupy­chane jedno na dru­gim, zwie­rzęta wysta­wiają w prze­ra­że­niu głowy. Wbi­jają zęby w pręty, kręcą się i dra­pią. Widziały, jak opróż­niano poprzed­nie klatki, i czują, że zaraz nadej­dzie ich kolej – zostaną wycią­gnięte za szyję i tra­fią do garnka lub kotła z gotu­jącą się wodą. Zginą tylko po to, by napeł­nić ludz­kie brzu­chy. I to pomimo pra­wie czte­rech milio­nów pod­pi­sów zło­żo­nych pod pety­cją, żeby wresz­cie z tym skoń­czyć.

Festi­wal w chiń­skim mie­ście Yulin odbył się nor­mal­nie już po raz szó­sty. Po raz kolejny zostało zje­dzo­nych kil­ka­na­ście tysięcy psów, mimo że rezy­gna­cja z festi­walu nie powinna być dużym pro­ble­mem – ani nie posiada on dłu­giej tra­dy­cji, ani nie­ko­niecz­nie psie mięso jest na nim prio­ry­te­tem. W końcu jego pełna nazwa to: Festi­wal Liczi i Psiego Mięsa, czyli pla­suje się ono na dru­gim miej­scu. I słusz­nie, bo liczi na pewno jest zdrow­sze i słod­sze, a zakła­dam, że i smacz­niej­sze. Trudno zatem zro­zu­mieć brak jakiej­kol­wiek reak­cji ze strony orga­ni­za­to­rów. Jesz­cze trud­niej jed­nak zro­zu­mieć, jak czło­wiek może podejść na ulicy do znaj­du­ją­cej się przy sto­isku klatki wypcha­nej psami i po krót­szym lub dłuż­szym namy­śle wybrać zwie­rzę, które chce zjeść. Nie cho­dzi nawet o sumie­nie – na czym opiera swoją ewa­lu­ację? Tym­cza­sem drugi czło­wiek jakby ni­gdy nic wyciąga psa za szyję i albo zabija na oczach gapiów, albo od razu wrzuca do garnka.

Według raportu Euro­mo­ni­tor w Chi­nach żyje około 130 milio­nów psów, z czego jedy­nie 27 milio­nów ma domy. To ozna­cza ponad 100 milio­nów bez­pań­skich zwie­rząt. Mimo tego han­del psim (jesz­cze żywym) mię­sem cechuje prze­stęp­stwo i okru­cień­stwo. Serena Dong i Katie Hunt z CNN podają, że wiele zwie­rząt na festi­walu pocho­dzi z kra­dzieży. Psie mięso to rary­tas, więc być może byle burek nie spełni ocze­ki­wań sma­ko­wych „chiń­skiego Andrzeja”. Trudno ina­czej okre­ślić ste­reo­ty­po­wego miło­śnika „psiny” – męż­czy­znę w śred­nim wieku, który zamiast cebuli i kieł­basy piwko zaką­sza wła­śnie psim mię­sem. Nowe poko­le­nie chce zmiany i rezy­gnuje z tego potę­pia­nego przez cały świat pro­ce­deru, a przy­naj­mniej takie głosy prze­wa­żają w mediach. Zwie­rzęta nie są zabi­jane wyłącz­nie pod­czas festi­walu, ale i na co dzień w rzeź­niach. Niek­tó­rzy ratują czwo­ro­nogi, wyku­pu­jąc je stam­tąd w ostat­niej chwili. Trzy­mane w cia­snych siat­kach i klat­kach psy są pogry­zione i chore. Rzeź­nicy jed­nak uspo­ka­jają – wszel­kie cho­roby skóry zni­kają pod wpły­wem gorą­cej wody.

fuss_yulinek_hołod2.jpg

Co cie­kawe, popu­lar­nemu obu­rze­niu towa­rzy­szyło coś na kształt zro­zu­mie­nia dla orga­ni­za­to­rów festi­walu. „Lewac­kie” dzien­niki – jak „The Guar­dian” i „The Inde­pen­dent” – sku­piły się na rewer­sie psiego sucharka, wyty­ka­jąc hipo­kry­zję obu­rzo­nym. Ten drugi porów­nał pięt­na­ście tysięcy psów z dwoma milio­nami zwie­rząt zabi­ja­nych co mie­siąc w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Tam, podob­nie jak w Pol­sce i innych czę­ściach globu, więk­szość mięsa pocho­dzi z chowu prze­my­sło­wego. Jak wygląda taki chów chyba nie muszę opi­sy­wać, wystar­czy poszu­kać odpo­wied­nich mate­ria­łów fil­mo­wych lub prze­czytać Wieczną Tre­blinkę Char­lesa Pat­ter­sona. Więk­szość z nas wie­rzy lub woli wie­rzyć, że kotlet czy hambur­ger na naszym tale­rzu nie cier­piał. Żył sobie wesoło na powie­trzu, tu pod­jadł, tam pobie­gał, a pew­nego dnia, bły­ska­wicz­nie i bez bólu został prze­mie­niony w pyszne mięso. A bez mięsa prze­cież nie możemy żyć, nie­ważne, ilu cyr­ków nie wpu­ścimy do naszego mia­sta. Sam ile­kroć jem mięso, okła­muję się i w przy­pły­wie wyrzu­tów sumie­nia myślę: „Może w tym wypadku nie było tak źle, a to życie nie poszło na marne?”.

Tylko czy każde życie oddane (lub w tym wypadku ode­brane) dla kogoś nie jest na marne? Oczy­wi­ście nie w sen­sie ide­owym, a czy­sto fizycz­nym. Weźmy uro­dziny, imie­niny czy święta – nasz oso­bi­sty festi­wal w Yulin. Wąt­pię, żeby nasze mamy czy bab­cie przej­mo­wały się uczu­ciami zwie­rząt, które wykła­dają na stoły. Gdy czy­jaś mama robi (oczy­wi­ście najlep­sze na świe­cie) scha­bowe, cie­kawe, czy w jej gło­wie poja­wia się myśl, że cele­bruje życie poprzez śmierć innych istot. Domy­ślamy się odpo­wie­dzi, dla­tego mało kto zadaje takie pyta­nia. Jedyną róż­nicę sta­nowi fakt, że na tale­rzu spo­czywa nie pies, a świ­nia, któ­rej krót­kie życie upływa w okrut­niej­szych warun­kach. Jak wia­domo, świ­nie cha­rak­te­ry­zują się podobną inte­li­gen­cją do psów. Jed­nak mogą wyda­wać się obrzy­dliwe, kiedy tak – jak zwy­kło się sądzić – tarzają się we wła­snym gów­nie. Każdy ma swoje poczu­cie este­tyki i każ­dego różne rze­czy ruszają. Dla jed­nego gra­nicą będzie kudłaty pie­sek w klatce, dla innego kudłata Man­ga­lica idąca na rzeź. 100 gram psiego mięsa dostar­cza orga­ni­zmowi 19 gram białka. Dla porów­na­nia, w wie­przo­wi­nie znaj­dziemy go już około 26-27 gram. Świ­nie są zatem lep­sze dla naszego orga­ni­zmu, ale to nie jedyny argu­ment by je jeść – robimy to od zawsze i nie mamy z nimi bez­po­śred­niej stycz­no­ści. Nie jeste­śmy zwią­zani z nimi emo­cjo­nal­nie. Jak więk­szość obec­nych trzy­dzie­sto­lat­ków, mia­łem rodzinę na wsi, ale nie wiem, ile młod­szych o dekadę osób widziało na żywo maciorę kar­miącą swoje pro­siaki. Nie jest to trans­cen­den­talne prze­ży­cie, jed­nak pozo­sta­wia wspo­mnie­nie powra­ca­jące ile­kroć mija się setki ide­al­nie przy­cię­tych, zawi­nię­tych w folię skraw­ków, które kie­dyś były świ­nią. I to świ­nią nie­ko­niecz­nie szczę­śliwą, która spę­dziła życie upchnięta mię­dzy dwiema barier­kami, utu­czona do gra­nic moż­li­wo­ści i nafa­sze­ro­wana anty­bio­ty­kami.

Przejdźmy jed­nak do istot mniej „oczy­wi­stych”, jak to robi Jona­than Safran Foer w swo­jej książce Zja­da­nie zwie­rząt. Kiedy przez rok nie jadłem mięsa, za każ­dym razem pytano mnie, czy ryb też. W moim oto­cze­niu domi­nuje prze­ko­na­nie, że ryby jeść można, bo to nie mięso, a przy­naj­mniej nie do końca. Już Kurt Cobain iro­ni­zo­wał, że jedze­nie ryb jest spoko, bo nie mają uczuć. Niek­tó­rzy uwa­żają, że ryby nie cier­pią. Moja żona lubi gupiki. Oso­bi­ście wydają mi się nija­kie, ale dopóki moje kirysy mogą sobie sza­leć na dnie naszego skrom­nego zbior­nika, nie mam z nimi pro­blemu. Jeden z czte­rech gupi­ków kie­dyś zacho­ro­wał. Osła­biony, stał się łatwym celem dla dwóch innych gupi­ków, które posta­wiły sobie za cel wyeli­mi­no­wa­nie słab­szego osob­nika. Cytu­jąc kla­syka: „wia­domo, przy­roda”. Tym­cza­sem stało się coś nie­zwy­kłego – naj­zdrow­szy i naj­więk­szy gupik osła­niał wła­snym cia­łem chorą rybkę. Poru­szeni jego inter­wen­cją, odse­pa­ro­wa­li­śmy ją od reszty i po tygo­dniu była zdrowa, żyła jesz­cze kilka mie­sięcy. Owszem, była to inge­ren­cja w świat przy­rody, ale myślę, że przy wydo­by­ciu gazu łup­ko­wego to tzw. mały miki.

fuss_yulinek_hołod.jpg

Z dru­giej strony czy bur­ger z tofu lub ser­kiem hal­lo­umi nie ist­nieje po to, byśmy mogli oszu­ki­wać samych sie­bie? Czy nie poni­żamy się jako istoty, wybie­ra­jąc kopię zamiast auten­tycz­nego doświad­cze­nia, kiedy w pach­ną­cej ole­jem i mię­sem bur­ge­rowni się­gamy po bez­mię­sny pro­dukt? Czy kosz­tem ura­to­wa­nia stwo­rze­nia, które i tak kie­dyś umrze, w dodatku żyje tylko dzięki temu, że ma tra­fić na czyjś stół, nie odbie­ramy sobie praw­dzi­wej przy­jem­no­ści? Z kon­su­menc­kiego punktu widze­nia to jak picie mleka bez tłusz­czu – pro­blem, na który zwró­cił uwagę Sła­woj Žižek (a przed nim Jacques Lacan), podej­mu­jąc temat fik­cyj­no­ści prawdy. Nasza prawda jest taka, że nie jemy mięsa, lecz się­ga­jąc po sojową (a raczej sojowo-celu­lo­zową) kieł­ba­skę lub tofu odda­lamy się od „praw­dzi­wej prawdy”, masku­jąc wewnętrzną potrzebę wcią­gnię­cia podwa­wel­skiej lub kur­czaka. Według Žižka dzi­siej­sze spo­łe­czeń­stwo pozwala nam w pełni delek­to­wać się życiem bez wyrzu­tów sumie­nia – stąd też mul­tum pro­duk­tów pozba­wio­nych swo­ich klu­czo­wych wła­ści­wo­ści, jak wspo­mniane przez filo­zofa kawa bez kofe­iny czy piwo bez­al­ko­ho­lowe. W ten spo­sób jeste­śmy chro­nieni przed wła­snym pra­gnie­niem i możemy napę­dzać swój ape­tyt rekla­mami Bur­ger Kinga pała­szu­jąc sojo­wego bur­gera.

Od mie­siąca mamy psa. Zna­leź­li­śmy go pod­czas wycieczki rowe­ro­wej, na któ­rej zabłą­dzi­li­śmy. Nagle zoba­czy­li­śmy psi pysz­czek cie­kaw­sko wyglą­da­jący z rowu. Patrzył na nas tym samym wzro­kiem, co psy z Yulin na swo­ich ostat­nich zdję­ciach. Jedna z tyl­nych łap była zła­mana, część dru­giej trzy­mała się pra­wie że na wło­sku i zwi­sała jak kawa­łek mięsa. Wzię­li­śmy psa do wete­ry­na­rza. Ten powie­dział nam, że jeśli go nie przy­gar­niemy, lepiej będzie go uśpić – schro­ni­sko po pro­stu nie będzie w sta­nie zapew­nić mu opieki, a reha­bi­li­ta­cja będzie długa, kosz­towna i być może daremna. Gdy tylko go zoba­czy­li­śmy, wie­dzie­li­śmy, że go przy­gar­niemy, a to potwier­dziło jedy­nie słusz­ność naszej decy­zji. A teraz zastąp­cie w tej histo­rii psa świ­nią lub krową, „pasto­wa­nym kaba­nem” z Nie ma moc­nych (1974, Syl­we­ster Chę­ciń­ski), któ­rego Paw­lak kil­ka­krot­nie kopie pod­czas spa­ceru przez las. Albo odwrot­nie, gupika z histo­ryjki zastąp­cie psem – od razu opo­wieść wydaje się bar­dziej boha­ter­ska i nama­calna.

Pro­ble­mem nie jest obu­rze­nie festi­wa­lem w Yulin, ale ciche przy­zwo­le­nie na złe trak­to­wa­nie i zabi­ja­nie innych gatun­ków zwie­rząt. Jak to czę­sto bywa, tak i w tym wypadku naj­lep­szym przy­kła­dem hipo­kry­zji nie­chaj będą cele­bryci. Ich przed­sta­wi­cielką uczyńmy Ritę Orę. Zapro­te­sto­wała ona prze­ciwko Yulin, wkle­ja­jąc zdję­cie ze słod­kim pie­skiem. Jed­no­cze­śnie nie ma pro­blemu z wrzu­ca­niem foto­gra­fii sma­żo­nego kur­czaka z fast foodu. Są spore szanse, że był pyszny (wszystko w chru­pią­cej panierce jest pyszne), ale jesz­cze więk­sze, że żył w pozba­wio­nej świa­tła i zatło­czo­nej hali. Teore­tycz­nie jedno z dru­gim nie powinno się kłó­cić, jed­nak jeśli w grę wcho­dzi zabi­ja­nie i zja­da­nie, mówimy nie­stety o dwóch stro­nach tego samego medalu.

kreska.jpg

ŁUKASZ MUNIOWSKI
Autor scenariuszy do komiksów: „Uowca”, „Leniuch”, „Kolęda” i kilkunastu shortów. Doktorant w Instytucie Anglistyki Uniwersytetu Warszawskiego.

MARIUSZ HOŁOD
Student Wydziału Architektury na Politechnice Wrocławskiej. W wolnych chwilach zajmuje się tworzeniem komiksów i ilustracji.

Ta strona korzysta z plików cookie.