
Kiedy drzewa wciąż były prawdziwe to nazwa bloga prowadzonego przez Jesse’ego Richardsa, autora tzw. manifestu filmów remodernistycznych. Deklaracja „nowego autentyzmu” w kinie nie spotkała się z szerszym oddźwiękiem, odbijając się echem o tyle jedynie, o ile dziwiła kolektywna wypowiedź. Sam Richards w pierwszym punkcie zaznaczył, że manifesty artystyczne należy traktować z przymrużeniem oka, gdyż stanowią wyraz egocentryzmu twórców. Dlatego artysta nie pretendował do wyznaczania jedynej słusznej formy, a próbował zainspirować filmowców. Od 2008 roku rozwój jednej „appki” sprawił, że hasła „anty-antysztuki” i przywrócenia filmom prawa do niedoskonałości wychylą jeszcze łby z podziemia.
Pojęcie realizmu w filmie często przyjmuje konwencjonalną formę. „Wierzący w rzeczywistość” filmowcy eksploatują technikę kamery z ręki, nazywaną również shaky-cam („drżąca kamera”) czy – przez mniej przebierających w słowach – vomit-cam (eufemistycznie: „kamera wywołująca nudności”). Rzeczony paradokumentalizm tego zabiegu coraz gorzej obywa się bez prefiksu „para-”, zamieniając efekt autentyzmu w ornament. Co ciekawe jednak, operatorzy często odchodzą od odpowiadającemu kręceniu z ręki „zabrudzonego” realizmu fotografii snapshotowej, w której błąd jest wartością. Przekonanie, że doskonalsze, „ładniejsze” przedstawienie rzeczywistości mówi nam o niej więcej, jest tak powszechne, że autorski rys ustępuje przyspieszającej produkcję standaryzacji. Wzorzec produktom rzekomo realistycznym zapewnia jedna niepozorna aplikacja – cieszący się dużą popularnością Instagram.
Połączona z serwisem społecznościowym „appka” różni się od dawniej popularnych fotoblogów czy fotki.pl przede wszystkim szybkością nie tylko publikacji, ale możliwością obróbki. W poprzednim numerze „FUSSa” o jej zaletach przekonywali członkowie Grupy Mobilnych, a kiedy Stany Zjednoczone były pustoszone przez huragan Sandy, z konta na Instagramie korzystali nawet fotoreporterzy "New York Timesa". I nic w tym zdrożnego czy uwłaczającego. Wierzę, że błyskawiczna estetyzacja zdjęć swoich posiłków, butów czy chmur widzianych z okien mieszkania na dziesiątym piętrze nie jest jedynym zastosowaniem (nie)sławnych filtrów, jednak zdecydowana większość wybiera drogę na skróty. Epidemia artystycznej łatwizny rozprzestrzenia się także w filmie. Jednak populistyczna zaraza nie przybiera ponurych barw czarnej śmierci czy czerwonego moru. Instagramowa estetyka koloryzuje często zarówno styl, jak również opowiadane historie. Infantylizuje je niejako, upupia. Ale dodaje słonecznych promieni, głębi, intensywności. Filtr: Lo-fi. #arcydzielo #natural #prostonasundance

Bo pomijając teledyski Lany Del Rey i innych Mumfordów czy pomysły polskich operatorów, zafascynowanych stereotypowymi zdjęciami w instagramowym stylu (przykładowo Facet (nie)potrzebny od zaraz [2014, Weronika Migoń] mógłby zastąpić „faceta” w tytule „młynkiem do kawy”), właśnie festiwal Sundance zdaje się jak magnes przyciągać „filmy z filtrami”. Owe filtry na Instagramie mają nadać zdjęciom specyficzną aurę, ale analogiczną poetykę stosuje się coraz częściej na planie filmowym. Celem jest osiągnięcie specyficznego efektu czy nastroju zdjęć – romantycznego, nostalgicznego i/lub epifanicznego. Bo właśnie doświadczeń na granicy epifanii zdają się doświadczać bohaterowie wielu dzieł z metką „Sundance” nawet wtedy, kiedy przechodzą przez jezdnię. Zdjęcia wśród kłosów zbóż w świetle chylącego się ku zachodowi słońca? Są Królowie lata (2013, Jordan Vogt-Roberts), w których nastoletnia miłość tłumaczyć może w jakiś sposób kiczowate ujęcie. Patrzącą przez ramię młodą dziewczyną z refleksami światła we włosach znaleźć można chociażby w Cudownym tu i teraz (2013, James Ponsoldt), czyli kolejnej opowieści o młodych, zagubionych ludziach oraz niedojrzałych twórcach. Świetlna orgia zamieniająca ujęcie w pokaz zimnych ogni rozpoczyna Bestie z południowych krain (2012, Benh Zeitlin), w których nawet bieda staje się magiczna. Melancholia i refleksja tak obezwładniające — i wyraźnie malujące się na twarzy — że świat zewnętrzny przestaje istnieć, znacząco rozmazując się w tle to równie częsty syndrom. Bohaterka musi mieć problem, przecież umówiła się na zabieg aborcji i pracuje w Przechowalni numer 12 (2013, Destin Cretton), a inny bohater planuje Zabić człowieka (2014, Alejandro Fernández Almendras). I w końcu ulubiony gatunek post-Malickowy, czyli filmy o trawie – kiedy reżyser w To the Wonder (2012) sparodiował samego siebie, nie przestał oddziaływać na młodszych twórców. Efekt? Ain’t Them Bodies Saints (2013, David Lowery), w którym zdjęcia są tak instagramowe, że nawet rzeczone „stroje z epoki” wydają się raczej hipsterskim stylem retro. Styl filtrów zadomowił się zresztą na Południu Stanów, Zjednoczonych w których piękno przyrody (odpowiednio zaakcentowane) kontrastuje z moralną degrengoladą. Dzisiaj co prawda zdelegalizowano niewolnictwo, więc plantacje straciły swój „koloryt” – jak w Zniewolonym (2013, Steve McQueen) – ale zawsze znajdzie się kazirodczy, pedofilski, sekciarski klan (jak w serialowym Detektywie, 2014, stworzony przez Nica Pizzolatto) lub nimfomanka, brutalny oprych i gej uciekający przed pogardą do samego siebie w praktyki BDSM (Pokusa, 2012, Lee Daniels). Całe to towarzystwo grasuje w pełnym blasku po wspaniale uwypuklonych cudownościach „natury”.
Słowo „natura” umieszczam w cudzysłowie, gdyż w filmach tych nie odnajdziemy wrażeń znanych nam z codziennego doświadczenia. Naturalizm został pogardzony nawet w filmach, które bazują na tematyce społeczno-obyczajowej, czyli z ducha realistycznej. Ma być głębiej, „inaczej”, więc rozbuchana forma rzuca się cieniem – pardon, światłocieniem – na mniej lub bardziej odkrywcze tematy, nie dając im szansy na oddech. W Hellionie (2014, Kat Candler) zmartwieniem nastoletniego bohatera jest konieczność wzięcia odpowiedzialności za młodszego brata – ale jak się martwić, jak współodczuwać z chłopcem, kiedy jeden kadr jest ładniejszy od drugiego? A tak naprawdę wszystkie są podobne do siebie i do filmów instagramowych, uciekając od rzeczywistości, którą rzekomo chcą przedstawiać. Argument świata wewnętrznego czy krajobrazu psychicznego też nie zdaje testu wiarygodności, ponieważ konieczna byłaby wtedy subiektywizacja – nie tylko spojrzenia bohatera, ale także twórców. Przez pozory artystowskiej indywidualności przefiltrowują oni smutny fakt o samoograniczaniu się i dostosowywaniu do trendu. Mimo głębi ostrości i nasyconych barw ich filmy są zwykle płaskie i puste. To migoczące świecidełka, które coraz łatwiej wyprodukować, gdyż nie wymagają refleksji przy „opakowaniu” historii.
Jesse Richards w swoim manifeście remodernizmu wynosi na piedestał błędy i niedociągnięcia jako świadectwo szczerości i mniej sterylnego podejścia do filmów. Zaprzyjaźnieni z nim twórcy rzadko realizują filmy, które potem i tak nie przedostają się do szerszego obiegu przez swą undergroundowość. Lecz tęsknota za autentyzmem w kinie powinna wydostać się poza manifest grupy. Może zamiast kadrowania rzeczywistości za pomocą klisz ze smartfona zaufają ponownie swojemu spojrzeniu. Efekt może zaskoczyć – a to już dużo.![]()
![]()
MARTA STAŃCZYK
Studentka Uniwersytetu Jagiellońskiego, filmoznawca wannabe. Trochę ogląda, trochę czyta i trochę słucha, ponieważ marzy o zostaniu kulturalnym krakusem.
KASIA MATYJASZEWSKA
Absolwentka Wydziału Artystycznego UMCS w Lublinie oraz Lubelskiej Szkoły Sztuki i Projektowania. Zajmuje się projektowaniem graficznym i ilustracją. W wolnych chwilach fotografuje neony, podróżuję po Europie.